Żeby nie rzucać słów na wiatr, postanowiłam napisać o tym, dlaczego nie przepadam za wiosną ani za Świętami Wielkiejnocy.

Pewnie wielu z was dziwi się bardzo, dlaczego nie cieszę się, gdy świat budzi się do życia.

Pisałam już o tym w ostatnim tekście, że to, co dla zwykłego, niezdiagnozowanego człowieka jest przyjemne i dostarcza mu wiele radości, dla mnie jest prawdziwą katorgą- nagle wybuchająca zieleń, zbyt szybko zmieniająca się temperatura powietrza i zmiana czasu z zimowego na letni- mój organizm bardzo ciężko z tym wszystkim sobie radzi.

Ale potrafię już odpowiednio przygotować się na nadejście tej pory roku i staram się być szczególnie wyczulona na wszelkie znaki, jakie płyną z mojego ciała.

Moja niechęć do wiosny nie wynika jednak tylko i wyłącznie z zagrożenia pojawienia się stanu maniakalnego (dla mnie jest to najstraszniejsza życiowa obawa) ale również łączy się z nieprzyjemnymi wspomnieniami jakie mam z dzieciństwa.

Znacie już dość dobrze historię mojego dzieciństwa związaną z tym, że moja mama zmarła, gdy miałam 13 lat i od tego czasu opiekować się zaczęłam mną moja starsza, zaledwie dziewiętnastoletnia siostra, bo tata chlał na umór, więc nie będę jej powtarzać.

Jednak zanim moja mama zmarła zmagała się z bardzo ciężką chorobą. Chorobą, która trwała latami. Tak naprawdę odkąd pamiętam mama była już chora. Żyła od jednego ważnego, rodzinnego wydarzenia do następnego- ale to już również wiecie. Przy życiu trzymały ją kolejne komunie, zakończenia roku i ostatnie wydarzenie- ślub mojej starszej siostry, po którym już mogła spokojnie odejść, bo była pewna, że w przypadku najgorszego będzie miał kto zaopiekować się moją młodszą siostrą i mną.

Ale wracając do wiosny.

Mama każdej wiosny czuła się okropnie. Łapała wszystko, co się dało. Jej stan znacznie się pogarszał. Wachlarz schorzeń, jakie jej doskwierały był tak szeroki, że nie jestem w stanie nawet wymienić dokładnie co jej doskwierało. Niestety pamiętam natomiast bardzo dobrze jak strasznie cierpiała. Na dworze pięknie, drzewa kwitną, świat budzi się do życia , a najukochańsza osoba na świcie , jaką miałam tak okrutnie cierpiała. Może teraz łatwiej wam pojąć dlaczego tak bardzo nie lubię wiosny i świąt Wielkiejnocy.

W okolicach Wielkiejnocy i wiosny przeważnie odwiedzałam szpitale psychiatryczne więc często, gdy czuję taki ożywczy powiew wiatru momentalnie przypominają mi się kraty w oknach palarni i ja w tych kratach tęskniąca za wolnością. Zapach środków dezynfekujących.  I wiele innych obrazów, które przychodzą do mnie jak pocztówka z dalekiej podróży. Nie wszystkie wspomnienia są bolesne. Jest nawet wiele dość zabawnych. Bo w szpitalu psychiatrycznym można też się nieźle bawić ha ha ha. Poznać naprawdę ciekawych ludzi. Ludzi nierzadko genialnych, nad wyraz wrażliwych. Niektórzy ogromnie skrzywdzeni przez życie. Inni zupełnie odjechani. Wszyscy jednak zasługują na to, by ich traktować z szacunkiem, a niestety nie zawsze ten szacunek w stosunku do „kuracjusza” jest okazywany. Dzieją się rzeczy czasem śmieszne czasem tragiczne. Czasem cały dzień czekasz na jeden, jedyny telefon do jednej jedynej budki stacjonarnej i biegniesz przez cały najdłuższy na świecie korytarz (uwaga żeby nie złamać sobie nogi, bo pasty do podłogi nie żałują w takich przybytkach rozpaczy) korytarz, by usłyszeć głos męża i swojego dziecka, które zupełnie nie rozumie co się z Tobą dzieje.

No właśnie, co się z Tobą dzieje?

Nic wielkiego!!!

Po prostu odjebało Ci na WIOSNĘ!!!

Dlatego więc , gdy nie przesypiam kilku nocy z rzędu, gdy jestem podejrzanie pobudzona, dużo gadam i nie daj Boże zaczynam kupować kwiatki do ogrodu…..moi bliscy już wiedzą, że ło ho ho …nie jest zbyt dobrze.

Ale tak naprawdę z ręką na sercu wam powiem, że spokojnie od cztery lat potrafię sama sobie powiedzieć ło ho ho…..

Jak „wyhamowuję”. Jak łapię równowagę?

No na szczęście od dwóch lat mieszkam na wsi i jest mi o wiele łatwiej się wyciszyć.

I wiecie co?
Powoli zaczynam lubić wiosnę bo teraz, gdy czuję wewnętrzny niepokój i przeciążenie, to mogę usiąść na ogrodzie i po prostu słuchać ptaków. Mogę liczyć na pomoc teściowej i męża – a to jest bardzo ważne. Oni wyręczają mnie wtedy, gdy „do niczego się nie nadaję”.

Ja sama natomiast odseparowuję się od niepotrzebnych bodźców- pozbawia się internetu, telefonu, nie przebywam między ludźmi- ograniczam do minimum bodźce- zanurzam się w świeci sztuki- robię jakieś szalone twory- rzeźbie, maluję, tworzę wszystko to, co przyjdzie mi do głowy. I co z tego, że to wcale nie ma sensu- ja po prostu muszę wyrzucić z siebie to , co mam w środku, ten napęd- ten przymus zrobienia „czegoś”, tworzenia.

A co do tego wszystkiego mają święta Wielkiejnocy?

A no konotacja jest prosta- przypadają wiosną- i już!!!

Trwają krótko, są stresujące, no nie lubię strasznie.

Mam przecież do tego prawo nie?

Opowiedziałam dziś wam ważną historię. Historię, która wiąże się z namiastką tego, co czułam jako mała dziewczynka nie mając zupełnie wpływu na to, co działo się z moją ukochaną mamą, co przeżywałam będąc hospitalizowana i tego, przez co przechodziłam przeżywając stany maniakalne.

Dla tych, którzy nie mieli nigdy styczności z ludźmi chorymi na ChAD (Chorobę Afektywną Dwubiegunową), która jest nierozerwalną cząstką mnie, ta opowieść może być w niektórych momentach dość straszna.

Jednak Ci, którzy tak jak ja należą do „szczęśliwców” i przeżyli choć jeden epizod maniakalny doskonale wiedzą o czym piszę.

I do nich właśnie mam prośbę- jeśli jest wam ciężko, jeśli nie radzicie sobie z diagnozą- piszcie- jestem tu po to, żeby pomagać.

Również bliscy chorych mogą się ze mną kontaktować im również udzielę wsparcia.

Życzę wam Mokrego Śmigusa-dyngusa.

I ZDROWIA.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD.

Fot.: Julka Małecka