Jestem pewna, że czas pandemii, a szczególnie kwarantanna, którą wszyscy byliśmy tutaj w Polsce zmuszeni przejść, odbił się na nas bez wątpienia.

Jak ten czas wpłynął na mnie?

Bardzo istotnie.

Mianowicie przestałam kupować sobie ubrania, a zaczęłam zaopatrywać się w książki.

Dlaczego?

Dlatego, że ani nie umiem, ani nie lubię kupować ciuchów przez internet.

Oraz obiecałam sobie w trakcie tego trudnego czasu, że będę czytać po 70 stron dziennie.

W ten sposób rozruszałam całkiem nieźle swój mózg i przy okazji nabrałam nawyku codziennego czytania.

I tak , jak mój umysł bardzo zyskał na okresie, w którym byliśmy zmuszeni przebywać w domach, tak niestety moja figura trochę ucierpiała.

Dlaczego o tym piszę?

Dlatego, że ma to związek z obecną sytuacją.

Otóż ja, która jeszcze rok temu nie przepuściłabym żadnej okazji ku temu, by kupić sobie nowy ciuch zmieniłam się w mola książkowego (ale takiego całkiem zadbanego oczywiście), który dość mocno inwestuje w literaturę.

Po kwarantannie przestano również wydawać „AVANTI” (Moją biblię, z której czerpałam inspiracje do codziennych stylizacji. Nie wiem może jest wersja online- nie miałam okazji jeszcze tego sprawdzić.) więc nie wiem totalnie, jakie są teraz trendy i szczerze mówiąc jakoś nie bardzo czuję się z tego powodu uciśniona.

Jedyne co mi przeszkadza, to fakt, iż zamknięto dwa moje ulubione sklepy z ubraniami.

Jeszcze dwanaście miesięcy temu kompulsywne wydawanie pieniędzy na ciuchy i dodatki do nich były u mnie na porządku dziennym.

I wiecie co?

W obliczu ostatniego, bardzo ważnego wydarzenia w moim życiu to wróciło.

Skończyło się na tym, że zaopatrzyłam się w źle leżącą na mnie sukienkę, kurtkę zupełnie nie pasującą do mojego typu urody i niewygodne buty!!!

A książki?

No cóż…. Trzeba będzie je uwzględnić w budżecie na następny miesiąc.

Na całe szczęście mam jeszcze wiele lektur na półce, które czekają na mnie więc nie będę za bardzo rozpaczać ale….prawdę mówiąc zawiodłam samą siebie.

Zdałam sobie sprawę bowiem, że dokonując wyboru pomiędzy „szmatami”, które wylewają się z mojej szafy a literaturą wybrałam to pierwsze i…. sama sobie udowodniłam, że jestem próżna.

Może nie ma w tym nic złego od czasu do czasu kupić sobie coś ładnego, jednak w głębi serca, po zastanowieniu doszłam do wniosku, że zaszła we mnie zmiana, że wiedza zawarta w książkach jest dla mnie  o wile bardziej wartościowa niż to, jak będę wyglądać.

Dodatkowo jestem pewna, że im rzadziej kupuje się rzeczy, tym bardziej jest się kreatywnym- lepiej łączy się to, co nam zostało w szafie.

Kiedy szafa „oddycha” łatwiej też jest w niej coś znaleźć i nie ma efektu „nie mam się w co ubrać”.

Poza tym, gdy figura zaczyna się zmieniać i zakupy przynoszą więcej cierpienia niż radości warto moim zdaniem czerpać zadowolenie  czego innego.

Książki wprowadzają nas w niesamowity świat.

Czasem uczą, czasem bawią, czasem pobudzają rządze zdarza się również, że działają lepiej niż środki nasenne.

Dlatego właśnie dziś wybieram: WIEDZA zamiast tony ubrań!!!

Stawiam na świat, w którym nie liczy się kto co ma na sobie, lecz to, co ma w głowie.

Jeśli masz podobne podejście do mojego, to możesz się tym ze mną podzielić w komentarzu.

Jeśli natomiast się ze mną nie zgadzasz, to też o tym napisz!!!

Cieszę się, że przeczytałaś/ przeczytałeś ten tekst.

Dziękuję za Twój czas i uwagę i życzę Ci oczywiście udanego dnia.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Comfreak