Mój syn nie jest orłem z czytania, boję się, że nie jest nawet wróblem. Nie przejmuję się tym jednak zbytnio. Co nie znaczy, że nad tym z nim nie pracuję. Codziennie razem czytamy teksty z kolorowego elementarza wydanego przez Disneya, żeby było bardziej zachęcająco. Nie jestem spanikowana z tego względu, że pamiętam siebie w dzieciństwie jak nienawidziłam czytać.

Jak przez mgłę dochodzą do mnie wspomniania rodziców, szczególnie mamy, którzy ciągle czytali jakieś książki. Mama uwielbiała”Sagę ludzi lodu”. To się chyba kupowało w kiosku i zbierało kolekcję- po prostu się tym zaczytywała.

W domu mieliśmy regały pełne książek.

A ja?

NIENAWIDZIŁAM CZYTAĆ!!!

Chyba po prostu dlatego, że nie umiałam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić słów. A z resztą o wiele bardziej ważne dla mnie wtedy było podwórko i to, co się na nim działo. Kiedy tylko wróciłam ze szkoły, wyciągałam zeszyty na szafce od butów na korytarzu- ulubione miejsce do odrabiania lekcji- szybko zakładałam buty s powrotem (daleko do drzwi wyjściowych nie miałam) i leciałam na podwórze. Tam płacilo się liśćmi, można było wisieć na trzepaku (tylko trzeba było uważać, bo często był osrany) i tam własnie toczyło się cale życie towarzyskie mojej małej ulicy jednej z poznańskich dzielnic.

Nie czułam absolutnie potrzeby by czas spędzony wśród nicponiów zamieniać na czas spędzony z nosem w książce.

A kiedy miałam pięć lat i poszłam z siostrą do biblioteki i nie chciałam wypożyczać żadnej książki (bo wiedziałam, że i tak jej nie przeczytam!!!) , to powiedziałam Pani, że nie nic nie biorę bo mamy bogatą bibliotekę w domu ha ha ha.

Dzisiaj, gdy siedzę z tym moim synem nad tym elementarzem przypomina mi się czas, gdy mama uczyła mnie czytać. Zdecydowanie nie była taka cierpliwa jak ja dzisiaj dla mojego syna.

Wściekała się strasznie, próbowała opracować jakąś metodę,ale i tak nic na mnie nie działało- ja po prostu nie lubiłam czytać i już.

Pierwszą książkę dla przyjemności przeczytałam dopiero będąc w czwartej klesie podstawówki. Ale lektury oczywiście wszyściutkie musowo przeczytana- wiadomo- kujon!

To, że nie lubiłam czytać, nie znaczy , że nie lubiłam , jak mi czytano.

Uwielbiałam słuchać , gdy inni odkrywali przezde mna wspaniałe, barwne, dalekie światy. Im to szło zdecydowanie lepiej niż mnie.

Najbardziej wyrazistym wspomnieniem z dzieciństwa jest chyba chwila, a właściwie chwile, kiedy moja mama tułając się po przeróżnych szpitalach w Poznaniu kazała mi kupować piękne książki Disneya. Były naprawdę bardzo drogie- Syrenka Arielka, Sindbad Żeglarz, Król Lew itd. To była taka cała , pięknie wydana seria. I mama leżąc w szpitalu czytała na głos mi te opowieści. Pamiętam te noce, kiedy jeździłam do niej tramwajem niepewna w jakim jest stanie. Wiedzialam zawsze, że może umrzeć , nie wiedziałam tylko kiedy. Każdy momeny spędzony z nią, na jej łózku podczas słuchania tych bajek, to były magiczne chwile tylko dla mnie i choć znajdowałyśmy się w zimnym szpitalu, to dzięki tym opowieściom mogłyśmy uciec. Oddalić się od jej choroby, od mojego ojca alkoholika, uciec daleko własnie w świat Disneya- na safari – zaśpiewać razem „Hakuna Matata” lub razem z Arielką nurkować w oceanie. Mam te książki do dziś. I choć przeżyły już niejedno pokolenie nadal przypominają mi o chwilach spędzonych tam w szpitaliu- „nieszpitalu” do którego jeździłam ciemną nocą pustym tramwajem.

Kto by się spodziewał,że tak pokocham książki?

Ja również czytam mojemu synowi na dobranoc.

Tylko, że on nie lubi bajek. On lubi innego typu literaturę- taką popularnonaukowa bym rzekla i ja się do tego dostosowuję.

Wiem, że może dzisiaj nie lubi czytać (ja w jego wieku NIENAWIDZIŁAM) ale obserwując mnie przykłutą do lektury zapamięta ten obraz, zarazi się miłością do książek nawet o tym nie wiedząc- jestem tego pewna. Dlatego ze spokojem, z cierpliwością czytam z nim ten elementarz- DISNEYA rzecz jasna.

Życzę wam moje drogie, abyście miały dostatecznie dużo czasu na to, by zaszczepić w swoich dzieciach miłośc do tego, co wy również kochacie. Moja mama miała tego czasu bardzo mało, ale udało jej się zapalić we mnie małą iskrę miłaości do języka francuskiego i jak widać zupełnie nieświadomie poszłam w jej ślady połykając dzisiaj książki na morgi.

Doceniajcie każda chwilę, która jest wam dana – nie ma sensu kłócić się o nieumyte naczynia czy niewyniesione śmieci, lepiej razem poczytać, lub razem wybrać się do księgarni po zakup wspólnej książki.

Życzę wam z całego serca wszystkiego dobrego- zdrowia i jak najwięcej CZASU, który będziecie ogły spędzać ze swoimi dziecmi- jak widzać świadomie lub nie- one to zapamiętają.

Dobrego dnia.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Mystic Art Design