Powiem, a raczej napiszę Wam szczerze jak jest.

Pora już nie za wczesna, bo lada moment powinnam już kłaść się spać jeśli chcę jutro wstać jak zwykle skoro świt (4/4:30), ale czuję w sobie ogromną potrzebę napisanie tego tekstu i podzielenia się z Wami tym, co sama przeczytałam zaledwie wczoraj.

Kończę już lekturę pięciuset stronnicowej książki autorstwa Kena Wilbera pt.:”Śmiertelni nieśmiertelni”. Nie jest to łatwa opowieść i na pewno nie należy do tych o grubych stronach i pisanych wielką czcionką- oj nie. Wręcz przeciwnie. Bardzo mocno trzeba się skupić na jej czytaniu, bo niekiedy traktuje o tematach filozoficznych, które do prostych nie należą. Poświęcona jest przede wszystkim zapisowi choroby żony Kena, która tuż po ich ślubie dowiedziała się , że ma raka- złośliwego i musiała toczyć z nim bardzo długą walkę……

Dziś chciałabym wam zacytować list Kena, który został napisany 27 lipca 1988r.. Mimo, że trochę lat minęło od tego czasu, to uważam, że jego treść jest ponadczasowa.

Autor odnosi się do osób wspierających chorych na raka jednak ja widzę w cytowanej postawie każdą osobę, która wspiera swojego bliskiego walczącego z przewlekłą chorobą- ne ważne czy to tarczyca, cukrzyca czy ChAD- wszyscy mamy przy sobie partnerów, partnerki, siostry, braci – osoby, które nami się opiekują.

Fragment, który zaraz zacytuję oddaje według mnie cały wachlarz emocji, które przeżywają bliscy chorych.

Jestem pewna, że dla Was będę one równie ciekawe  inspirujące jak dla mnie. Dlatego właśnie dzisiaj się nim z Wami dzielę.

Oto co pisze Ken:

„Drodzy przyjaciele!

……. Najtrudniejszy dla osoby wspierającej zaczyna pojawiać się mniej więcej po dwóch, trzech miesiącach sprawowania opieki . Stosunkowo łatwo jest radzić sobie z zewnętrznymi, fizycznymi, najbardziej oczywistymi jej aspektami. Zmienia się plan dnia: trzeba przyzwyczaić się do gotowania, prania czy sprzątania- tego wszystkiego, co wspierający musi robić , by fizycznie zaopiekować się bliską osobą. Zabiera się ją do lekarza, pomaga w przyjmowaniu leków  tak dalej. Może to być dość trudne, ale rozwiązanie jest całkiem oczywiste- albo to będziesz robił sam, albo wynajmiesz kogoś do pomocy.

Dla osoby wspierającej trudniejsze do zniesienia jest wewnętrzne zamieszanie , które zaczyna narastać na poziomie psychologicznym i emocjonalnym. Ma to dwie strony- osobistą i publiczną. Osobiście zaczynasz uświadamiać sobie , że niezależnie od tego jakie ty sam możesz mieć problemy, stają się one niczym w porównaniu z problemami osoby, która ma raka lub jakąś inną zagrażającą życiu chorobę. Tak więc przez całe tygodnie i miesiące nie mówisz o swoich problemach. Nie chcesz martwić swojego partnera, nie chcesz mu utrudniać sytuacji, a poza tym myślisz  ciągle sobie powtarzasz: „Ja przynajmniej nie mam raka. Moje problemy nie są aż tak poważne.”          

              Mniej więcej po kilku miesiącach (jest to sprawa indywidualna) osobie wspierającej powoli zaczyna przychodzić do głowy następująca myśl: Fakt, że moje problemy bledną w porównaniu z rakiem , nie oznacza, że ich nie mam. Przeciwnie , zaczynają się rozrastać, bo teraz mam dwa problemy: problem pierwotny plus niemożliwość jego wypowiedzenia i znalezienia rozwiązania. Próbujesz je stłamsić, ale im mocniej naciskasz, tym stają się silniejsze. Czujesz się nieco dziwnie. Jeżeli jesteś introwertykiem zaczyna ci być duszno, narasta niepokój, zbyt głośno się śmiejesz, za dużo pijesz. Jeśli jesteś ekstrawertykiem , wybuchasz w najmniej odpowiednich momentach, ciskasz gromy gniewu, wybiegasz z pokoju jak burza, rzucasz przedmiotami- i też za dużo pijesz. Jeżeli jesteś introwertykiem, niekiedy chcesz umrzeć; jeśli jesteś ekstrawertykiem, czasami chcesz, czasami chcesz, żeby umarła bliska i ukochana osoba, którą się opiekujesz. Jeżeli jesteś introwertykiem są takie chwile, kiedy chcesz się zabić; jeżeli jesteś ekstrawertykiem, są momenty , kiedy masz ochotę się zabić….. W każdym przypadku śmierć wisi w powietrzu: gniew, żal i gorycz nieuchronnie skradają sę wraz ze strasznym poczuciem winy , których źródłem są mroczne uczucia.

              Zważywszy okoliczności, uczucia te są oczywiście całkowicie naturalne  normalne. Prawdę mówiąc, poważnie martwiłbym się osobą wspierającą, która od czasu do czasu nie miałaby takich uczuć. A najlepszym sposobem na poradzenie sobie z nim jest rozmowa o nich. To jedyne rozwiązanie.

              I tutaj osoba wspierająca napotyka kolejną trudność emocjonalno-psychologiczną: styka się z aspektem publicznym swojego problemu. Kiedy już zdecydujesz się mówić, pojawia się problem: z kim? Ukochana chora prawdopodobnie nie jest najlepszym partnerem do omawiania twoich problemów, po prostu dlatego, że często to ona jest twoim problemem: sama jest wielkim ciężarem, ale nie chcesz, by się czuła winna. Nie chcesz jej atakować, choć możesz być na nią bardzo zły o to, że zachorowała.

              Z pewnością najlepszym miejscem do takich rozmów jest grupa wsparcia utworzona przez ludzi, którzy żyją w podobnych warunkach, tzn. grupa wsparcia osób wspierających. Mogłaby też pomóc terapia indywidualna, a także terapia dla par. Ale o profesjonalnym wsparciu opowiem za chwilę. Zwykli ludzie (również ja) niezbyt chętnie korzystają z takich możliwości, a potem jest już za późno, wyrządziło się już wiele szkody i zadało niepotrzebne cierpienie. Przeciętny człowiek robi coś normalnego i zrozumiałego: rozmawia z rodziną i z przyjaciółmi. I w tym momencie z hukiem zderza się z publicznym aspektem swoich problemów.

              Jak to ujmuje Vicky Wells, aspekt publiczny można wyrazić następująco: ”Nikogo nie interesuje osoba chora.” Oznacza to tyle: ”Przychodzę do Ciebie z problemem. Chcę porozmawiać , potrzebuję rady, pocieszenia. Rozmawiamy, bardzo mi pomogłeś, jesteś miły i pełen zrozumienia. Czuję się lepiej, ty też dobrze się czujesz, bo mi pomogłeś. Ale bliska osoba przecież nadal ma raka: sytuacja się zmieniła , może nawet jest jeszcze gorzej. Wcale nie czuję się dobrze. Znowu biegnę do ciebie. Pytasz, jak sobie radzę. Mówię, że jest okropnie. Rozmawiamy. Znowu jesteś bardzo życzliwy i pełen zrozumienia i znowu czuję się lepiej….. aż do następnego dnia, bo ona wciąż ma raka i tak naprawdę nic się nie poprawiło. Mija dzień za dniem i nic właściwie nie można zrobić (lekarze robią, co  w ich mocy, a ona i tak może umrzeć). Tak więc mija dzień za dniem, ty czujesz się podle; sytuacja po prostu się nie zmienia. I prędzej , czy później odkrywasz, że ludzie, którzy  na co dzień nie stykają się z tym problemem, zaczynają być znudzeni, albo poirytowani twoimi nieustannymi opowieściami. Wszyscy, poza najbardziej oddanymi przyjaciółmi, powoli zaczynają się od ciebie odsuwać, ponieważ w twojej obecności rak zawsze wisi w powietrzu jak ciężka chmura. Zaczynasz być osobą chronicznie lamentującą, a nikt nie chce tego słuchać , ludzie są zmęczeni wysłuchiwaniem ciągle tego samego. „Nikogo nie interesuje osoba przewlekle chora.”

Tak więc osoby wspierające powoli odkrywają, że ich problemy osobiste zaczynają się mnożyć, a rozwiązanie „publiczne” po prostu nie przynosi efektu. Zaczynają się czuć zupełnie samotne i wyizolowane. W tym momencie może się wiele wydarzyć: odchodzą , załamują się, zaczynają nadużywać różnych środków psychoaktywnych- albo szukają profesjonalnej pomocy….

Jak już powiedziałem najlepszym miejscem na rozmowę o twoich trudnościach jest grupa wsparcia dla osób wspierających. Kiedy słuchasz tych ludzi odkrywasz, że ich głównym zajęciem jest narzekanie na ukochanych chorych. Padają zdania: ”Co on sobie myśli, żeby mi tak rozkazywać?”(…)”.

              Moi Drodzy, bardzo chciałam zacytować Wam całość tego listu, ale niestety nie dałam rady fizycznie.

Jednak myślę, że Ci, których on zainteresował mogą po prostu sięgnąć po książkę Kena Wilbera- warto.

Pozostawiam bez komentarza powyżej cytowany list.

Napiszcie czy was poruszył i dlaczego.

Życzę Wam i waszym bliskim wszystkiego dobrego

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Godsgirl_madi