Poznań, Środa Wlkp., Warszawa, Francja, Hiszpania oraz wiele innych miejsc, w których mieszkałam i które zwiedzałam.

Gdzie mi było najlepiej?

„Wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma…?”

No nie zupełnie.

Ja naprawdę miałam wspaniałe dzieciństwo w Poznaniu. Do trzynastego roku życia mieszkałam na Łazarzu i uwielbiałam spacery z rodziną „na arenie” czy letnie wypady na pobliski basen. Sobotnie sprawunki na rynku i obowiązkowe zakupy na lumpeksowskich straganach. Oj jakie tak tam można było cuda wynaleźć- oryginalne, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju i oczywiście w przystępnej cenie ciuchy. Wtedy jeszcze lumpeksy nie mnożyły się na polskich ulicach jak grzyby po deszczu więc wizyta na Rynku Łazarskim w poszukiwaniu niebanalnych ubrań należała do tradycji, którą chętnie kultywowałyśmy razem z mamą.

Kochałam Poznań.

Mimo, że mieszkałam tam tylko do trzynastego roku życia, to zdążyłam już przesiąknąć umiłowaniem do dużego miasta, gwarnych ulic i tramwajów, które tworzyły niepowtarzalny klimat stolicy Wielkopolski.

Zaczęłam już też powoli „bywać”. A to w teatrze, a to w filharmonii, a to w kinie….

Można więc powiedzieć, że moje życie kulturalne zaczęło nieśmiało rozkwitać.

Wielkim uczuciem darzyłam też mój dom rodziny, który mieścił się w starej, powojennej kamienicy, gdzie sufity były wysokie, w każdym pokoju stał kaflowy piec, na szczycie którego uwielbiałyśmy przesiadywać zimą ku zgrozie mojej mamy, która przed oczami miała bezustannie widmo tego, że kiedyś wpadniemy do środka ha ha ha.

Uwielbiałam moich sąsiadów, którzy nie byli anonimowi- wręcz przeciwnie- wszyscy zamieszkiwali kamienicę od początku jej powstania czyli od czasu, gdy mój dziadek ze swoim bratem ją zbudowali.

To były piękne czasy jednak w życiu jak wiadomo nie zawsze wszystko układa się gładko i tak się złożyło, że moje losy rzuciły mnie do Środy Wielkopolskiej.

Jakżeż ja nienawidziłam tego miejsca!!!

Małe miasteczko, gdzie dla każdego byłam tylko „NOWA” (  ta z Poznania).

Nowa szkoła, nowe znajomi, wreszcie nowe mieszkanie.

Straszne, małe, ciasne o niskich sufitach.

To chyba było najgorsze – ciągle czułam się jakby strop miałby mi w każdej chwili spaść na głowę.

Dusiłam się i męczyłam okrutnie.

Jakoś znalazłam sobie nowych znajomych i przełknęłam gorzki smak faktu, iż zamieszkiwałam „śmierdzące” (w trakcie kampanii cukrowej chuchnęło tam okrutnie), małe miasteczko, które żyło prawie tylko i wyłącznie plotkami.

Skoczyłam szkołę podstawową i liceum (mimo wielu wspaniałych przyjaźni, które nawiązałam był to okres mojej edukacji najmniej przyjemny, jaki wspominam) i przyszedł czas na studia….

Wróciłam do mojego ukochanego Poznania i znów byłam szczęśliwa.

Imprezy, kina, teatr i świetni ludzie, z którymi studiowałam.

Zaczęłam bardzo dużo podróżować: samotnie przemierzać górskie ścieżki Tatr tak po polskiej stronie jak i słowackiej, spędzałam wakacje we Francji (Bratania, Paryż, Pas-de-Calais, Dolina Loary itd.),

A potem …. Zostałam zdiagnozowana!!!!

ChAD (Choroba Afektywna Dwubiegunowa)!!!!

Nie przeszkodziło mi to w podróży stopem do Hiszpanii (zwiedziłam całą Costa Brawę i Costa del Sol), zahaczyłam o Ibizę, Marok i Portugalię- byłam w Lizbonie.

Tak się złożyło, że pomieszkałam sobie później trzy miesiące w Madrycie, gdzie nauczyłam się języka hiszpańskiego.

Byłam zmuszona wrócić ze stolicy Hiszpanii, ale na szczęście udało mi się uniknąć powrotu do Środy Wielkopolskiej i zaczęłam moje życie w stolicy.

Warszawę pokochałam chyba nawet bardziej niż Poznań.

Dlaczego?

Bo poznałam ją razem ze rdzennymi Warszawiakami.

To nie „słoiki” pokazywały mi uroki tego miasta, a ludzie znający Wawkę od podszewki.

Zachwyciłam się wszystkim, co to piękne miasto może zaoferować.

Kulturą, architekturą i sztuką.

Najbardziej jednak ukochałam Park Skaryszewski, w którym spędzałam codziennie minimum godzinę spacerując i ciesząc się urokami przyrody.

Zaczęłam studia zaoczne i naprawdę byłam szczęśliwa…

Ale…… no właśnie przeważnie jak już w życiu jest tak dobrze i fajnie, to stać się musi coś, co sprowadza nas na ziemię.

Mnie brutalnie na ziemię sprowadził epizod maniakalny, który zmusił mnie do powrotu do znienawidzonej Środy Wielkopolskiej.

To było dla mnie tragiczne wydarzenie.

Nie mogłam się tam totalnie odnaleźć.

Dopiero po kilku latach, gdy znalazłam sobie naprawdę dobrą pracę, zdobyłam tytuł magistra jakoś tak zrobiło mi się w życiu dobrze i zaakceptowałam w końcu fakt, że mieszkam w małym mieście, które w sumie robiło się coraz fajniejsze.

Polubiłam je i zaczęłam po prostu czerpać korzyści ze wszystkich pozytywnych aspektów zamieszkiwania podpoznańskiego miasteczka.

A było ich niemało: jezioro, kluby fitness, kino, stadniny koni nieopodal, ciekawa oferta kulturalna tamtejszego domu kultury, basen itd.

Doceniłam w końcu Środę Wielkopolską i zaczęłam być jej szczęśliwym mieszkańcem.

A dlaczego o tym wszystkim piszę?

Bo dzisiaj mieszkam na wsi.

I czuję, że to jest odpowiednie miejsce dla mnie i odpowiedni czas.

Mieszkam tu już od kilku lat i cały czas snie mogę się nadziwić, że kiedyś wędrująca, zwiedzająca, podążająca po różnych zakątkach Europy (zdążyłam zwiedzić jeszcze Węgry, Słowenię, Chorwację, Grecję i Włochy) teraz najlepiej czuję się gdy pomiędzy jednym a drugim zadaniem mogę na dziesięć minut usiąść w ogrodzie i po prostu pogapić się na drzewa i ptaki. Zapatrzyć na nie i wsłuchać w ich trele. To mnie wycisza i uspokaja. Mój dzień jest podporządkowany rytmowi natury i dobrze mi z tym.

Wstaję przed świtem i kładę się przed zachodem słońca.

Na ten moment życia z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest mi tu dobrze.

Wszystkie moje działania są zrównoważone, bo w mojej naturze leży wykonywanie wielu angażujących działań jednak potrzebuję również spokoju, który sprawia, że w moim życiu panuje równowaga a fakt , że mieszkam na wsi właśnie takie poczucie mi daje.

Jestem przekonana, że biorąc pod uwagę fakt, iż jestem chora na ChAD (Choroba Afektywna Dwubiegunowa) moje miejsce zamieszkania wpływa bardzo pozytywnie na moja kondycję psychowfizyczną.

Jeśli więc podobnie jak ja jesteś zdiagnozowana i nie masz takiej możliwości by przeprowadzić się na wieś, to ważne jest żebyś zadbała chociaż o namiastkę „spokoju” niezbędnej do wprowadzenia w Twoim życiu balansu.

Ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu dobowego uzależnionego od tego jak sypiasz (min 7/8 godzin snu na dobę).

Istotna jest również codzienna aktywność fizyczna jak również odpowiednia ilość spożywanej wody (min 1,5- 2l na dobę).

Należy też zadbać o swoje najbliższe otoczenie- oczyścić wszystkie pomieszczenia, w których przebywasz.

Mam nadzieję, że Ty, podobnie jak ja, możesz powiedzieć o sobie, ze jesteś dzisiaj w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, że czujesz pełnię.

Jeśli natomiast coś „Cię uwiera”, „coś Ci nie pasuje” to skontaktuj się ze mną – razem z pewnością znajdziemy sposób by to zmienić.

Napisz w komentarzu proszę, gdzie jest Twój „dom”?

Gdzie w swoim życiu czułaś lub czujesz się najlepiej?

Czekam na Twoją historię.

Życzę Ci pięknego, zbalansowanego dnia.

Wszystkiego dobrego.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Julia Małecka