Jak już pewnie zdążyliście się doskonale zorientować, że moje codzienne wpisy łączą się ze zdarzeniami, osobami, refleksjami, które na bieżąco mają miejsce w moim życiu.

I tak dzisiaj- w tym szczególnym dniu- Wigilii Bożego Narodzenia- chciałabym podzielić się z wami tym, co myślę i czuję.

Być może wieczorem, po podzieleniu się opłatkiem z bliskimi i odbiorze ich reakcji na prezenty, które ode mnie otrzymają, a także po odbyciu tej jakże ważnej wieczerzy, zejdą ze mnie emocje, które teraz sięgają zenitu.

Na ten moment jednak świąteczna atmosfera nie udziela mi się zupełnie!!!

Magia świąt jest dla mnie czymś zupełnie obcym.

Mimo, iż bardzo się starałam- przystroiłam choinkę, zrobiłam kartki świąteczne i włożyłam serce w zakup prezentów- niespodzianek dla kilku osób z mojej rodziny, to czuję się kiepsko myśląc o dzisiejszym wigilijnym spotkaniu przy wspólnym stole.

Nie wiem jakie są wasze odczucia, mam nadzieję, że dalekie od moich, ale mnie święta kojarzą się przede wszystkim z wielkim stresem. Taką wizję wyniosłam z dzieciństwa, kiedy to mój dom stawał na głowie, bo trzeba była wylizać mieszkanie tak, aby błyszczało, narobić tonę żarcia spędzając w kuchni czas do późnych godzin nocnych będąc wyczerpanym do reszty sił.

I zgodnie z memem, który widziałam ostatnio wyglądało to na zasadzie: ”Karp gotowy, makowiec gotowy, choinka już jest. Trzeba tylko jeszcze jakąś kłótnie odpierdolić o byle gówno i święta można zacząć.”

No właśnie ta kłótnia jest kluczowa.

Napięcie przed świętami tak rośnie, bo wszystko musi być na tip top mimo, że ani Geslerowa ani Rozenek nie będą zajmować miejsca dla wędrowca w naszym domu, że o awanturę z byle powodu nie trudno.

U mnie w domu rodzinnym takie awantury były na porządku dziennym.

Coś we mnie jest takiego, że podświadomie, a może właśnie świadomie, czekam na tę kłótnię, bo przecież stanowi ona część świątecznej tradycji.

Chciałabym bardzo wam napisać jak cieszę się z choinki, tego, że wszyscy są dla siebie życzliwi i nareszcie zasiądą razem przy jednym stole by dobrze sobie życzyć.

Ale niestety tak nie jest.

Dla mnie zmorą jest wizja składania sobie świątecznych życzeń. Bo czego tu życzyć komuś, kogo na co dzień nie trawisz? Ale przecież nie będę robić scen.

Tak naprawdę jedyną radością w tym dzisiejszym dniu jest ekscytacja dzieci, które już się nie mogą doczekać prezentów. Wiem, że starszego syna na pewno pozytywnie zaskoczymy.

A co z dorosłymi?

Mimo iż bardzo postarałam się kupując prezent dla teściowej, to ogromnie się obawiam, że niestety będzie (po raz kolejny) zawiedzona- dlatego prezent dostaje razem z paragonem – tak, aby mogła go wymienić- to jest dopiero magia świąt.

A najgorzej to chyba wyglądają prezenty, jakie sprawiamy sobie z mężem nawzajem. Równie dobrze moglibyśmy się po prostu wymienić kasą , bo i tak każde z nas samo sobie zamówiło prezent- zero zaskoczenia, żeby uniknąć rozczarowania.

Dla mnie to wszystko jest bardzo smutne i za grosz nie znajduję w tym magii.

A najbardziej się boję tego siedzenia i jedzenia.

Postanowiłam więc w pewien sposób zbojkotować te święta- ale to jak, niech będzie moją tajemnicą.

Piszcie kochani jak wy odnajdujecie się dzisiaj w tym wszystkim.

Mam nadzieję, że o wiele lepiej niż ja.

Zdrowych, spokojnych świat.

Julka Malecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.:  FelixMittermeier