Kiedy byłam mała (gdzieś tak do czwartej klasy podstawówki) szczerze nienawidziłam czytać.

Niektórzy już pewnie o tym wiedzą. Ale inni, którzy są tu po raz pierwszy jeszcze nie są świadomi tego, że każda strona lektury stanowiła dla mnie prawdziwą mękę. Co nie znaczyło wcale, że lektur obowiązkowych nie czytałam. Oczywiście, że jako wzorowa uczennica czytałam wszystko, co przeczytać trzeba było. Jednak nie znajdowałam w tym żadnej przyjemności. I była to dla mnie sytuacja, która przynosiła mi niezwykłe cierpienie albowiem u mnie w domu wszyscy pożerali książki tylko ja byłam rodzinnym analfabetą. Dodatkowo mama codziennie szargała sobie nerwy ucząc mnie czytać. To był prawdziwy koszmar!!!!

Teraz ja jestem mamą i sama przeżywam ogromne utrapienie ucząc mojego młodszego syna sztuki czytania. Dobre jest to, że jestem o wiele bardziej cierpliwa niż moja mama. Ale nie ukrywam, że martwi mnie fakt, iż ta nauka idzie tak opornie.

Tłumaczę sobie, że przyjdzie taki czas, że mój syn, podobnie do tego, jak sam wsiadł na rower i od razu zaczął jeździć, tak samo sam poczuje kiedyś ogromną potrzebę czytania i wtedy po prostu zacznie, tak jak ja obecnie, łykać książki w całości.

U mnie taki moment nastąpił dopiero na studiach. To wtedy miałam dużo czasu, żeby usiąść nad książkami, które mnie najbardziej interesowały i dzięki stypendium mogłam wydawać pieniądze na najnowsze pozycje.

A teraz dzięki kwarantannie nie zaopatrywałam się w lumpy, buty, torebki i inne takie tylko przez ineternet kupowałam literaturę- duże ilości. I na całe szczęście ten nawyk pozostał do teraz.

Dlaczego o tym piszę?

Bo kupiłam sobie ostatnio książkę pod tytułem: „Lista, która zmieniła moje życie” Olivii Beirne. Bardzo przyjemna, lekka i wzruszająca lektura. Wspaniała odskocznia od trudnych tekstów psychologicznych, które również pochłaniam na morgi.

Jak sama nazwa wskazuje książka traktuje o zbiorze zadań, które bohaterka książki wykonała i dzięki temu w jej życiu zaszły ogromne zmiany.

Nie będę opisywać dokładnie o czym opowiada, bo zostawię Wam przyjemność poznania jej treści.

Zastanowiło mnie natomiast to, że w tym samym czasie obejrzałam film pod tytułem: „Lista Priorytetów”.

Przypadek?

Nie sądzę!

Z pewnością jestem osobą, która wszystko planuje i ja również robię sobie listę rzeczy, które mam zamiar osiągnąć i właśnie na nią spojrzałam i…..właściwie bez codziennego przeglądania jej założeń z radością stwierdzam, że realizuję jej wszystkie punkty.

A zaczęłam pisać ten tekst po to, by powiedzieć o tym, że czasem lepiej nie trzymać się wcale takiego ścisłego scenariuszu.

Szczególnie w wakacje.

Ostatnio mam dużo pracy, różnych bardzo angażujących zajęć.

Jednak postawiłam też mocno na odpoczynek i rozrywkę.

I okazuje się, że to jest bardzo dobra strategia.

Chwile relaksu w ciągu dnia przeżyte z najbliższymi niesamowicie ładują akumulatory, a listy…niech sobie czekają do jesieni, bo ta ma podobno być bardzo zimna i deszczowa, co w moim przypadku będzie sprzyjać pracy kreatywnej i realizacji wyznaczonych celów.

Moi Drodzy póki mamy okazję łapać chociaż odrobinę słońca – wejźmy luz w biodra i korzystajmy z tego, co Bóg nam daje.

Lista portierów może zaczekać. 

Wszystkim ambitnym, którzy konsekwentnie prą do przodu z całego serca radzę poluzować pośladki i żyć tu i teraz.

Życzę wam dzisiaj, aby promienie słoneczna padały na nasze twarze jak najczęściej i abyśmy wspaniale przeżyli te wakacje i z nową siłą wkroczyli w jesień, która już niedługo nas przywita.

Nie wiadomo czy nie będziemy znów zmuszeni przebywać w domach więc korzystajmy z wyjazdów w plenery lub odpoczynku w naszych ogrodach ile się tylko da.

Napiszcie w komentarzach jakie książki teraz czytacie, jakie filmy oglądacie, jak się relaksujecie.

Dobrego dnia.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: StockSnap