Wiecie co przypomniało mi się ostatnio?

Moje rodzinne podwórko.

Pochodzę z dużego miasta, gdzie mieszkałam w starej, powojennej kamienicy.

Sufity były wysokie (nie tak, jak w bloku, gdzie masz wrażenie, że zaraz spadną Ci na głowę i przez to okropnie się dusisz), a mury grube tak, że nie słyszałaś przez nie każdego słowa, które nieco głośniej wypowiedział Twój sąsiad.

Nasze podwórko było specyficzne.

Otaczające go kamienice układały się w kwadrat. Każdy z budynków miał swoje własne, mniejsze podwórko, a na środku mieściło się jeden ogromny, wspólny plac. Mogłeś się bawić, albo na tym mniejszym, gdzie byłeś pod stałym nadzorem wyglądających co chwilę przez okno rodziców (opcja dla maluchów) lub razem z większymi dziećmi bawić się na tym większym- wspólnym.

Na tym drugim było oczywiście o wiele bardziej ciekawie.

Chłopacy grali w piłkę.

Pamiętam, że jakimś zupełnie nie zrozumiałym dla mnie trafem, zawsze gdy przechodziłam przez nie obrywałam ciężką piłką w głowę. Nie wiem czy miałam ogromnego pecha czy po prostu w ten sposób chłopcy chcieli mnie zaczepić. Jeśli tak, to był to dość bolesny sposób na zyskanie sobie mojej sympatii.

Na dużym podwórku stał też ogromny kontener ze śmieciami. Mieliśmy takiego kolegę, którego rodzice byli bardzo bogaci, jednak nie przeszkadzało mu to w notorycznym nurkowaniu w śmietniku i wyławianiu najciekawszych odpadków. Co za skarby tam można było znaleźć!!! (Stare zabawki, uszkodzone lampy, ciuchy, z których robiliśmy ubrania dla naszych lalek i misiów.) Ale nasz przyjaciel kiedyś przeholował i najadł się jakiś tabletek, które udało mu się zdobyć w otchłani odpadków. I co? No nic! Żyje. Skończyło się tylko niegroźnym płukaniem żołądka.

Te wszystkie wspomnienia naszyły mnie chyba z powodu Dnia Dziecka, ale nie tylko.

Siedziałam sobie bowiem ostatnio w moim cudownym ogrodzie i spoglądałam na kołyszące się na wietrze liście lipy i przyszła do mnie taka myśl- „Dlaczego nie można płacić za towary liśćmi tak, jak to się robiło w dzieciństwie w piaskownicy?”.

Powiedzcie sami czy nie było by cudownie narwać koszyk liści i wyruszyć na podbój do galerii handlowej?

No dziewczyny?

Co byście sobie kupiły, gdyby kiecka kosztowała 5 liści, książka 3, a buty powiedzmy 7 liści?

Już was widzę jak szalejcie, a ja na czele tej rozbrykanej bandy.

Szkoda by tylko było drzew!!!

Zastanowiłam się i jednak dochodzę do wniosku, że to nie jest taki genialny pomysł jakby się mogło wydawać.

Lepiej już snuć historie z dzieciństwa o tym, jak spadłam z trzepaku dokładnie na jedną, jedyną cegłę, która się pod nim znajdowała i trafiłam do szpitala i o tym jak z drzew spadały na nas gąsienice (o fuj) niż niszczyć piękną zieleń i kupować kolejne buty, torebki, lumpy, które tak naprawdę wcale do szczęścia nam nie są potrzebne.

Bo co daje szczęście?

Dla mnie największym szczęściem są moje dzieci.

Kiedy bawią się w ogrodzie- tak koło tej pięknej lipy, o której liście należy dbać, by móc je podziwiać i by dać dzieciom ich wspomnienia z dzieciństwa.

Żeby mogły zapamiętać to, jak hasały beztrosko w sadzie, że miały w ogrodzie i trampolinę i hamak i „kokon”, w którym mogły się ukryć i huśtać.

Aby mogły wspominać słoneczne niedziele, gdy wraz z rodzicami, w promieniach słońca wylegiwały się wśród śpiewu ptaków i szumu drzew, jadły desery i rozmawiały  z rodzicami.

To jest dla mnie ważne- dać im wspomnienia, które będą dla nich dobre. To, że kiedyś będą mogły powiedzieć, że czuły się kochane i ważne.

Moje dzieciństwo było, jakie było- nie wiem czy szczęśliwe, ale wiem, że rodzice mnie kochali.

Różne rzeczy się działy, a to, co słyszałam to: „Nie mów nikomu, co się dzieje w domu.”

Więc nie mówiłam.

Wstydziłam się przed innymi, że mój ojciec był alkoholikiem i była to moja największa tajemnica.

Dziś już nie muszę się wstydzić- mówię o tym wprost. I moim, że nie miałam łatwo (mam zmarła, gdy miałam trzynaście lat, a tata po prostu się zapił na śmierć) to uważam, że mogło być gorzej.

Stoję dzisiaj przed wielkim wyzwaniem- chcę pożegnać się z tatą- podziękować mu, przeprosić i powiedzieć, że go kocham.

Nie byłam na jego pogrzebie, bo poinformowano nas o tym już po fakcie.

Mój tata był dobrym człowiekiem- nigdy mnie nie uderzył, a kiedy był pijany, to po prostu szedł spać.

Tylko żył w ciągłymi wyrzutami sumienia, że pije więc pił, żeby pozbyć się tych wyrzutów sumienia, a kiedy trzeźwiał, to miał wyrzuty sumienia więc pił, żeby o nich zapomnieć i tak na okrągło….

Rozmawiam z wieloma ludźmi- problem alkoholowy doznany w dzieciństwie wśród moich rówieśników jest dość powszechny.

Nie ma się co dziwić- przecież, gdy byliśmy mali na pólkach był tylko ocet i wódka.

Myślę, że tata alkoholik to jeszcze pół biedy, gorzej, gdy uzależniona była matka.

Moja mama była wspaniała, ale znam historie dorosłych już kobiet, które przeszły gehennę w dzieciństwie i nadal nie potrafią sobie poradzić z tym brzemieniem, które noszą w sobie.

Rozwiązaniem może być terapia dla DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików).

I tak od podwórka, przez liście doszłam do trudnego tematu- alkoholizmu wśród rodziców.

Jednak sądzę, że ta kwestia jest BAAARDZO istotna.

Jeśli również doświadczyłaś podobnego problemu, to najwyższa pora się go rozwiązać.

Dodatkowo jeśli obecnie jesteś w związku, w którym Twój partner nadużywa alkoholu, to czas zdać sobie sprawę z tego, jakie wspomnienia będą miały z dzieciństwa Twoje dzieci i jak wpłynie to na ich psychikę- ja przypłaciłam to chorobą psychiczną  (taka trauma, ale nie tylko, wpływa również na ChAD). Nie pozwól na to, by jeden człowiek krzywdził Ciebie i Twoje dzieci.

O wile łatwiej pisać o podwórku i liściach. Ale nie zawsze chodzi o to, by było lekko, miło i przyjemne z trelem ptaków w tle.

Trudne sprawy również potrzebują od czasu do czasu dać znać o sobie.

Życzę Tobie odwagi oraz codziennej radości wypływającej z dawania swoim dzieciom pięknych wspomnień.

Wspaniałego dnia.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD.

Fot.: PublicDomainPictures