„Herbata stygnie zapada zmrok a pod piórem ciągle nic…..”

Niedzielny wieczór się zbliża, a wpis na blog…..się pisze…

Przyznam się szczerze Moi Mili, że po ostatnim tygodniu pełnym słońca i popołudniowych wypadów w plener, chętnie odsapnęłabym kilka dni w domu zmuszona do spokojnej pracy podczas deszczowej pogody.

Uwielbiam spędzać czas z moją rodziną w lesie lub nad jeziorem, albo najlepiej w lesie nad jeziorem, ale najzwyczajniej w świecie doba jak zwykle jest za krótka, by można było zrobić wszystko i wszystkiemu podołać. I to nie jest prokrastynacja, to jest po prostu kierowanie się priorytetami. Na pierwszym miejscu dzieci, mąż i słońce a tuż za tym cała reszta…..

I co z tego mam?

Środek nocy, a ja siedzę i piszę…

Ale o czym?

I tu właśnie pojawia się zagwozdka.

Może o przegranych lub wygranych wyborach- zależy z czyjej perspektywy na to spojrzymy.

Może o cholernie drogich kwaterach nad polskim morzem i tym, że skoro pogoda niepewna i sinice rozgościły się nad Bałtykiem, to jaki jest sens tracić czas i pieniądze by tam spędzać wakacje?

Albo o tym, że nasze dzieci we wrześniu na pewno nie pójdą do szkoły, a nas pewnie też raczej na 90% zamkną w domach i znów zacznie się przymusowa odsiadka w czterech ścianach.

Mogłabym napisać coś o tym, ale ….. po co?

Więc o czym?

A może po raz setny i pierwszy po prostu o tym, że KOCHAM ŻYCIE.

I tak jak na dzień dzisiejszy taki stan rzeczy wydaje mi się naturalny i ewidentny tak niekoniecznie jeszcze kilka lat temu moje nastawienie do świata było w 100% takie samo.

Owszem wydawało mi się, że jestem szczęśliwa, ale cały czas czegoś mi brakowało, coś mnie w dupę kuło, nie dawało spokojnie spać, świętować każdego poranka i z wdzięcznością żegnać dnia o zachodzie słońca.

Co się zmieniło?

Bardzo wiele!!!!

Miejsce zamieszkania, moje otoczenie- bliscy i znajomi, a przede wszystkim JA SAMA.

Dziś oddycham pełną piersią, wstaję skoro świt i śmieję się do rozpuku wraz z ludźmi, których ostrożnie wybieram do towarzystwa.

Mimo, iż mieszkam na wsi, to codziennie po odbyciu porannych ćwiczeń, pięknie się ubieram i w pełnym makijażu zasiadam do pracy, którą uwielbiam.

Generalnie robię to co lubię. Kontakt z ludźmi, którzy płacą mi kasę przynosi mi wiele radości, bo nie o samą kasę chodzi……

Chodzi o to, by mieć w życiu satysfakcję, nie wstydzić się swojego zawodu i robić rzeczy potrzebne.

Ale moje życie zawodowe to nie jest przecież najważniejsza działalność, jaką podejmuję.

Jestem mamą, żoną i przyjaciółką. Mam swój blog i …. staram się jak mogę pomagać ludziom, którzy się do mnie zwracają z prośbą o pomoc.

Zatrważające jest jak wiele kobiet po okresie kwarantanny potrzebuje wsparcia ze względu na dopadającą je depresję. A coś mi się wydaje, że lepiej wcale nie będzie. Jesień przyjdzie wraz z nią wietrzne i deszczowe dni sprzyjające obniżonemu samopoczuciu i do tego wszystkiego prognozy napływające z mediów dotyczące wskaźnika bezrobocia, który ma niebotycznie wzrosnąć we wrześniu i październiku tego roku także nie napawają optymizmem.

Chciałabym powiedzieć, że będzie dobrze, ale niestety nie ode mnie to zależy.

Ja mogę robić wszystko, co w mojej mocy, by wesprzeć osoby, które się do mnie zwracają jednak nie jestem w stanie dać pracy tysiącom Polaków, ani zapewnić im codziennego dobrobytu.

Cudotwórcą nie jestem niestety.

Co mogę zrobić?

Mogę po prostu BYĆ.

Słuchać, rozumieć i nie oceniać.

Dlaczego?

Bo przeszłam przez to samo!!!!

Zaskakujące dla mnie i czasem wręcz oburzające jest to, że osoby bliskie tym, które przeżywają depresję nie starają się edukować na ten temat. Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest proste.

Kiedy Twoja partnerka, przyjaciółka, mama czy córka przeżywa obniżone stany samopoczucia przede wszystkim należy jej zapewnić byt i często nie ma czasu ani siły na to , żeby jeszcze czytać, śledzić fora internetowe czy szukać grup wsparcia dla osób w podobnej sytuacji.

Nie proszę nikogo, by starał się zrozumieć chorego na depresję.

Ja proszę o to, by zrozumiał depresję.

Współpraca całego najbliższego środowiska i osoby chorej są konieczne do tego, by zadziać się mogło dobrze.

Mówienie, że „będzie dobrze” i „że to przejdzie” raczej w niczym nie pomoże.

A nie zapominajmy o tym,  że depresja to bardzo poważna choroba psychiczna, która w skrajnych przypadkach prowadzi do…. śmierci!!

Czasem pomóc jest niezwykle trudno, bo chory nie prosi o żadne wsparcie.

Szczególnie w przypadku mężczyzn tak się zdarza. Nie pozwalają oni sobie na chwile słabości, na to, żeby „być chorymi”. Tłamszą w środku cały ból i żal. A skutki takiej sytuacji mogą być tragiczne…..

Co więc JA, która KOCHAM ŻYCIE mogę zaoferować bliskim i tym, którzy zmagają się z tym „CZARNYM PSEM”, o którym już pisałam ostatnio?

Oprócz tego, że mogę wysłuchać, to potrafię też pokazać odpowiednią drogę.

Nie przejdę jej za Ciebie, ale znam niektóre skróty…..

17 lat od diagnozy ChAD to niemało, a do tego kilka ciężkich epizodów depresji w dzieciństwie dają mi podstawę do tego, by w praktyce wiedzieć która dróżka jest bagnista, która kręta, a która jest w stanie najszybciej zbliżyć Cię do celu.

Ja dzisiaj KOCHAM ŻYCIE, ale to nie był łatwy proces, aby ten stan osiągnąć lecz dziś, gdy już od pięciu lat cieszę się równowagą mogę napisać śmiało, że WYGRYWAM!!!

Wygrywam każdy wschód i zachód słońca, każdy uśmiech moich synów, każdy pocałunek mojego męża.

To nie toto- lotek.

To ciężka praca!!!

Jeśli jesteś ciekawa/ciekawy jak dojść do etapu w życiu, który w Chorobie Afektywnej Dwubiegunowej nazywa się REMISJĄ,  to zapraszam do kontaktu ze mną.

Dziś życzę Tobie i sobie, abyśmy razem potrafili podążać co dzień drogą, która nie prowadzi do celu lecz jest celem sama w sobie. Aby była to droga pełna szczęścia, zachwytu nad każdym dniem i wieczności za nie.

Wszystkiego, co jasne, dobre i piękne.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: maximiliano estevez