Julia Małecka logo chad

Inaczej

Beata Kotleszka

Beata Kotleszka

Jestem autorką warsztatów szkoleniowych oraz publikacji w zakresie inteligencji emocjonalnej i samoświadomości. Filozofia mojej pracy brzmi: „Nie określa nas to, co wiemy, mamy lub przeżyliśmy. Określa nas to, co z tym zrobimy”.
Coach, Mentor ICF (Międzynarodowa Akredytacja ICF- najlepiej rozpoznawalna akredytacja coachingowa na świecie, stanowiąca gwarancję profesjonalizmu, etyki i wiarygodności coacha.
Kocham pisać, i z tej miłości powstają treści, które pozwolą Ci się zatrzymać. Pisząc, ubieram słowa w skrzydła

Idea mojej pracy

Warsztaty szkoleniowe pozostawiają odbiorcę w poczuciu zrozumienia własnych emocji.
Program szkolenia zachęca do zatrzymania. To rozmowa, która ma sens. Pozostawia ślad i rezultat w myśleniu, samopoczuciu, percepcji świata oraz w działaniu.
Idea mojej pracy to docenianie i przyłapywanie siebie oraz innych na sukcesach. Mentalna celebracja tego co dobre, sukcesów małych i dużych, wnosi poprawę jakości życia.
Świadomość tego w jaki sposób myślimy, mówimy, działamy, czujemy to podstawa rozwoju osobistego i zawodowego.

Efekty jaki odnoszę

  • Wzrost samoświadomości
  • Brak przerzucania odpowiedzialności
  • Umiejętność porozumienia w relacjach
  • Wykorzystywanie własnych zasobów
  • Rozumienie stresu jako energii, którą można zarządzać
  • Praktyczne działania ku poprawie jakości życia osobistego i zawodowego

Tel. +48 880 284 588

e-mail: beatakotleszka.coach@gmail.com

CZY DOSTRZEGASZ ZALEŻNOŚĆ?

CZY DOSTRZEGASZ ZALEŻNOŚĆ?

Każda historia jest inna

INACZEJ 

CZY DOSTRZEGASZ ZALEŻNOŚĆ?

♥️ ROZUMIENIE JEST TRUDNE, DLATEGO LUDZIE OCENIAJĄ tzn. powielają błędy myśleniowe.

Wydaje się, że dla człowieka nie ma nic ważniejszego, niż poznanie samego siebie, czyli ROZUMIENIE funkcjonowania własnego umysłu.

Nasze wyobrażenie o świecie, poglądy, wierzenia, poczucie szczęścia lub jego brak, jest wynikiem działalności układu nerwowego, w szczególności mózgu. Umysł jest jego funkcją. Z punktu widzenia człowieka, jako odrębnej jednostki, umysł jest wszystkim, bo nasza wiedza o świecie warunkowana jest strukturą umysłu. Funkcje umysłu gromadzą dane, którymi posługujemy się przez całe życie.

Czy zatem, trzeba posiąść wiedzę neurologiczną, aby rozumieć własne funkcjonowanie?

Nie. Owszem, znajomość połączeń synaps i wiedza naukowo medyczna, rysuje mapę mózgu. Ale mapa, to nigdy nie teren…

Kognitywizm – dziedzina psychologii zajmująca się problematyką poznawania przez człowieka otoczenia, czyli tworzenia WIEDZY o otoczeniu, następnie którą to wiedzę, świadomie wykorzystujemy we własnych zachowaniach.

Nasze ROZUMIENIE gromadzimy poprzez znajomość pojęć, które tworzą nam pewien obraz całości

 – dla człowieka szukającego we wszystkim woli Boga, choroba jest karą za grzechy. To jego wyjaśnienie, czyli ROZUMIENIE, czyli pryzmat, przez który funkcjonuje w świecie,

– dla człowieka szukającego modelu magicznego świata, ROZUMIENIE oznacza myślenie, że ktoś rzucił urok, stąd pochodzenie choroby.

– dla człowieka szukającego wyjaśnień w świecie nauki i współczesnej medycyny, ROZUMIENIE rodzaju zakażenia jest odpowiedzią pochodzenia choroby.

 

Z tych poszczególnych ROZUMIEŃ, wynika pewne działanie:

 

💡 religia kreuje modlitwę, jako lekarstwo.

💡 magiczne widzenie, to rytuał wypędzania demonów.

💡 nauka rodzi ufność poznawczą związków chemicznych.

 

Nie ważne co posiadamy, co wiemy, kim jesteśmy.

Ważne jest CO z tym zrobimy.

W serii KOGNITYWNIE pomogę Ci ROZUMIEĆ własne emocje, które są produktem Twoich myśli.

Myśli zaś decydują o Twoim działaniu. Podjęte przez Ciebie decyzje rodzą konsekwencje, które kształtują Twoje myśli… Dostrzegasz zależność❓

 

Autor: Beata Kotleszka

CZY DOSTRZEGASZ ZALEŻNOŚĆ
PRAWDA WAS WYZWOLI

PRAWDA WAS WYZWOLI

Każda historia jest inna

INACZEJ 

PRAWDA WAS WYZWOLI

,, Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.” Jana 8:32

Na dolegliwości serca, reumatyzmu, czy tarczycy, nikt nie wstydzi się narzekać, ale już o chorobach mózgu ,, zapominamy”.

Problemy psychiczne są lękiem, bo zbyt długo nie były zrozumiane. Lęk zaś jest niebezpieczny, bo z lęku właśnie rodzi się agresja.

Właśnie dlatego, wielu przyjmuje cyniczną postawę kawałów o wariatach. To tak, jakby choroby mózgu były czymś śmiesznym, a choroby serca smutnym…

Wielu naukowców ma nadzieję, że kwestia zgłębienia umysłu jest tak złożona, że nigdy nie da się jej zgłębić.

Choć Prawda ma nas wyzwolić, istnieje jakaś wewnętrzna bariera, chroniąca nas od zbyt głębokiego wniknięcia w nasz umysł. Może dlatego, że jeszcze nie jesteśmy na to gotowi?…

Nowe obszary naukowe nie powstają dlatego, że ktoś chciał je zdefiniować. Powstają, ponieważ różne grupy badaczy dostrzegają wspólne tematy do dyskusji. Niejako każda z tych gałęzi dochodzi do miejsca w swoich poszukiwaniach, które przyznaje, że to, co właśnie odkryto, zawsze tam było…

Całkiem niedawno, w wyniku integracji pokrewnych obszarów badań nad ludzkim umysłem powstała nowa grupa, którą nazwano nauką o poznawaniu, lub kognitywistyką ( od łac.kognitio: wiedza). Ta nowa gałęź nauki wnosi realną perspektywę zrozumienia umysłu ( przynajmniej na poziomie możliwości ówczesnego człowieka).

Wydaje się, że nie ma nic ważniejszego od poznania samego siebie, czyli funkcjonowania umysłu, bo tylko z takiego poziomu potrafimy współistnieć z innymi. Nasze poglądy, wierzenia i wyobrażenie o świecie jest wynikiem funkcjonowania układu nerwowego, którego funkcją jest UMYSŁ.

Wielu moich klientów wie, że chce CZEGOŚ bardzo, ale nie zawsze wie CO to jest.

To COŚ, to poczucie wewnętrznego spokoju, stanu umysłu, który wpływa na poczucie szczęścia, lub jego brak.

Nie ma innej drogi budowania relacji zewnętrznych w pracy i życiu prywatnym, oprócz drogi rozumienia własnych emocji.

O emocjach właśnie będę tu dużo pisać, starając się pomagać Tobie rozumieć – Twoje COŚ.

Bo jeśli NIC nie zmienisz, NIC się nie zmieni.

Beata Kotleszka

METAPOZYCJA… Twojego życia.

METAPOZYCJA… Twojego życia.

Każda historia jest inna

INACZEJ 

METAPOZYCJA… Twojego życia.

Moi klienci ( nie lubię tego słowa) zastępuję je: podróżnicy.

Moi podróżnicy otrzymują na koniec procesu rozwojowego metaforę ich życia.

 

 

oto jedna z nich ( za zgodą…podróżnika;))

– dziękuję Janku 

 

 Było sobie Samotne Drzewo.

Potężne i dumne.

Samotne drzewa, jeśli w ogóle rosną, to rosną bardzo silne.

 

Samotne Drzewo było wdzięczne i kochało Rzekę, która płynęła obok.

 

Rzeka karmiła jego korzenie miłością, honorem i wiarą.

Samotne Drzewo wzrastało w wartościach Rzeki.

 

Mijały lata i Samotne Drzewo widziało łąki ukwiecone i zmarznięte pola.

I przyszły wiatry i smagały Drzewo, namiętności duchem, by 

 deszcze żalu zimne studziły Drzewo potem…

A i mgła szara wpadała, woalem pijana

od czasu do czasu, jak gość nieproszony.

 

Rzeka była wierna własnemu nurtowi 

i któregoś dnia

popłynęła dalej…

 

Samotne Drzewo od tamtej pory, było jeszcze bardziej samotne.

 

Rozwiane własnym żalem, Samotne Drzewo nie poczuło jak Słońce ciepłem je otula.

Słońce widziało więcej, wszak wyżej było…

 

Pewnego dnia, najniespodziewaniej przyleciał Ptak, 

co skrzydła miał połamane oba.

Ptak poczuł się bezpiecznie w konarach Samotnego Drzewa,

a  Słońce widziało ich oboje…

 

Ptak skrzydła rozprostował, bo ciepło spowiło rany i tkliwie przytulony do gałęzi Samotnego Drzewa śpiewał o miłości, bo strach był pokonał.

 

Ale Samotne Drzewo nie usłyszało i Ptak odleciał.

 

Słońce obudzone zdziwieniem obojga, zadumane pochyliło się nad… nieutuleniem.

 

Wszak widziało więcej, bo wyżej było..

 Beata Kotleszka 

METAPOZYCJA...Twojego życia.

LISTOPADOWE ROZWAŻANIA WARSZAWIAKA

LISTOPADOWE ROZWAŻANIA WARSZAWIAKA

Każda historia jest inna

INACZEJ 

LISTOPADOWE ROZWAŻANIA WARSZAWIAKA

Poprzednio opisałem Wam sytuację, która bardzo mnie poruszyła. W niej, jak w kropli wody przegląda się nasza rzeczywistość, nasz stosunek do osób, które uważamy za nas samych, do osób które uważamy za obce, przysłowiową polską tolerancję do innych, jak również kompletny brak empatii.

Gdy 11 listopada spotkałem się z przyjaciółmi wśród których była osoba przeze mnie opisana i pozwoliłem sobie na wspomnienia, iż jego przeżycia stały się kanwą mojego krótkiego eseju wpadł w przerażenie. Fakt że ktoś w naszej pięknej Ojczyźnie mógłby w opisywanej osobie go rozpoznać szalenie go zdenerwował pomimo tego, że to on był ofiarą. Nawet moje zapewnienia, iż nie podałem jego danych niewiele go uspokoił.

Każde  z Państwa możecie wyciągnąć swoje wnioski, lecz w moim pojęciu nie są one budujące. Lubimy porównywać się do innych lecz nie w celu nauki czy uświadomienia sobie własnych błędów, lecz by utwierdzać się w przekonaniu, iż jesteśmy narodem wybranym. Nic bardziej mylnego.

Organizatorzy  marszu  w Kaliszu próbowali udowodnić, że istnieje tylko jeden naród wybrany i jesteśmy nim My. Jest to smutne dla człowieka który pamięta te hańbę, jaką był rok 1968 i studiował na Uniwersytecie, który musiało opuścić wiele sławnych postaci polskiej nauki.

Te smutne refleksje są zapewne związane z ponurą listopadową aura oraz  ze Świętem Niepodległości. Zawsze pamiętam, iż jednym z pierwszych faktów kojarzonych z wolną Polską było zamordowanie pierwszego Prezydenta po obrzydliwej miedzy innymi antysemickiej nagonce.

Ponieważ jestem Warszawiakiem i mam grób rodzinny również na Powązkach widzę nieraz, szczególnie w Święto Zmarłych, że na grobie zabójcy jest więcej dowodów pamięci niż grób ofiary.

Antysemityzm w naszym kraju, gdzie Żydzi zostali wymordowani lub wypędzeni, jest swoistą aberracąa umysłową ludzi, którzy budują własną tożsamość przez wrogość do innych.

Moje rozważania nie są tylko marudzeniem starszego pana  lecz maja ukazać jak reagujemy na wszystko co odbiega od tego, co uważamy za normę lub właściwe. Społeczeństwo taki jak nasz Karl Raimund Popper w swojej słynnej książce nazywa zamkniętymi. Niezdolność do zmian (wide. antysemityzm ale jest tego dużo więcej np.LBTG ) wkrótce zepchną Nas na obrzeża świata, początki tego procesu już widać.

Piszę to wszystko dlatego również, że podobne zjawisko dotyczy ludzi niepełnosprawnych- w tym po kryzysach psychicznych. To nie przypadek że ludzie już całkowicie zdrowi wolą spotykać się osobami o podobnej historii, łatwiej się otwierają, gdyż wiedzą że nie będą osądzani albo traktowani z lękiem lub pogardą ale, że mogą liczyć na pomoc i wsparcie. Będzie to cel kolejnych rozważań.

Na marginesie chciałbym zachować formę takich krótkich eseji, nazwa jest stosunkowo świeża gdyż ma niecałych 500lat, a wprowadził go Michel de Montaigne  w swoich „Próbach’ z których ja zapożyczyłem kwestie, że najważniejszy jest zdrowy rozsadek gdyż tylko on może nas ustrzec od wszelkiego fanatyzmu .CDN.

Autor: Tomasz Dejdo

Fot.: Henryk Niestrój

LISTOPADOWE ROZWAŻANIA WARSZAWIAKA

BEZDUSZNY ABSURD

BEZDUSZNY ABSURD

Każda historia jest inna

INACZEJ 

BEZDUSZNY ABSURD

Chciałem pociągnąć temat nudy, gdyż można dywagować na jej temat w nieskończoność, jednakże wydążyło się coś z czym chciałbym się z Wami podzielić.

Mam Przyjaciela Wietnamczyka mieszkającego w Polsce od prawie czterdziestu lat, mgr. Uniwersytetu Warszawskiego. Żona i syn, którego czasem możecie zobaczyć w telewizji, też Absolwent polskiej uczelni, wszyscy mają obywatelstwo polskie, a on również emeryturę gdyż przez ponad dwadzieścia lat  był tłumaczem licznych państwowych instytucji. Włada językiem polskim w mowie i piśmie lepiej niż większość Polaków.

Ten przydługi wstęp jest potrzebny byście lepiej zrozumieli dalsze wydarzenia.

W tygodniu przed Świętem Zamarłych, około godz.08:00 zasłabł w sklepie spożywczym. Personel zaopiekował się nim i wezwał pogotowie. Przyjaciel jest po bardzo poważnym wylewie co widać. Pogotowie przyjechało po 40 minutach ale to drobiazg. Został przewieziony na SOR jednego z większych Warszawskich szpitali. Tam praktycznie bezczynnie na krześle trzymano go do godziny 24:00, gdy przewieziono go do szpitala na ul.Banacha. W tym czasie nie dostał nawet szklanki wody o herbacie czy jedzeniu nie wspominając. Personelowi trudno było pojąć, że jest Obywatelem Polskim, jest ubezpieczony, a nawet to, że rozumie co o nim mówią.

W nowym szpitalu było jeszcze lepiej. Powtórzyły się wszystkie zdarzenia z poprzedniej jednostki, ale zostały wzbogacone o nowe elementy takie jak wyciagnięcie z jego piterka z dokumentami pieniędzy gdy oddał  go na czas badania EKG sanitariuszom.

Ukoronowaniem tej historii jest jednak zwolnienie go ze szpitala o godzinie 02:00 w nocy bez zatroszczenia się co ten starszy schorowany człowiek ze sobą zrobi. Nie muszę dodawać, że mieszka w innej dzielnicy niż szpital, z którego się go pozbyto.

Dla tych ,którzy nie znają Warszawy przypomnę, że jest to rozległe miasto, a poruszanie się komunikacją nocną jest kłopotliwe i skomplikowane nawet dla zdrowego człowieka. Litościwy taksówkarz zawiózł go do domu i poczekał aż żona zniosła zapłatę za kurs.

Dlaczego Was zanudzam ta banalna historią.

W niej jak w kropli wody, widać wszystkie nasz problemy jako społeczeństwa jak również problemy naszej służby zdrowia. Rzuca się w oczy przede wszystkim brak empatii, co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę wyniki badania poparcia dla murów na granicy. Ostatni taki mur stal w Berlinie i jego zburzenie jest do dzisiaj świętowane.

Myślę, że w szpitalach psychiatrycznych takie zachowanie personelu ,średniego i wyższego  jest niemożliwe. Ja się z czymś taki nie spotkałem.

Osobnym problem jest obce pochodzenia pacjenta.

W Instytucie, w którym byłem, była tylko jedna osoba nie będąca Polką, a ja bylem jedyną osoba która utrzymywała z nią kontakt. Miała schizofrenię o dość ciężkim przebiegu i być może to odstręczało od niej, gdyż była Europejką i wyglądała jak wszyscy łącznie ze znajomością języka .Dla mnie zawsze była miła i uprzejma, wdzięczna za okazywane zainteresowanie, mająca wiele do opowiedzenia.

I tym optymistycznym akcentem kończę. CDN

Autor: Tomasz Dejdo

Fot.: zibik

BEZDUSZNY ABSURD
BY SIĘ JUŻ NIE OBUDZIĆ

BY SIĘ JUŻ NIE OBUDZIĆ

Każda historia jest inna

INACZEJ 

BY SIĘ JUŻ NIE OBUDZIĆ

Czuję się jak w zamknięciu z zawiązaną opaską na oczach.

Jest ciemno, słyszę swój oddech i kropelki potu na czole.

Słyszę kroki gdzieś w oddali ale nie czuje niczego.

Chcę nie żyć.

Leki, które do tej pory ratowały, nie pomagają.

Chcę zasnąć i się już nie obudzić.

Ratuje mnie praca, ale to i już nie pomaga.

Świat, który do tej pory był dla mnie przychylny stał się nie do wytrzymania.

Czekam tylko wieczora by schować się pod koc, móc płakać i rozmyślać jak skończyć życie.

Świat stał się czarny, nie ma kolorów.

Jedynie mój cień stał się bardziej wyraźny jakby chciał pokazać że zaraz ode mnie ucieknie.

Anioł Stróż płacze nade mną bo boi się że znowu spróbuję odejść.

W głowie liczę ile tabletek a nóż ile opakowań będzie potrzebnych by się już nie obudzić.

W moim sercu ciepło zamieniło się w kostkę lodu.

Chcę uciec by nie czuć tego bólu że nikt nie jest w stanie mi pomóc.

RATUNKU!!!

Świat jest nieobliczalny.

Zrobisz jeden nieudany krok i zgliszcza Cię dopadną. Nawet nie zauważysz jak Cię będą doganiać by spojrzeć za siebie że już są krok od Ciebie.

Czerń zabiera resztkę kolorów z serca. Serce, które było pełne miłości teraz jest jedynie popiołem.

Marzenia stały się jedynie cierpieniem i potężnym bólem bo wiem, że nie zdołam ich osiągnąć.

Świat, który był piękny stał się pociskiem wystrzelonym z broni.

Czy to już KONIEC?

Chciałabym żeby tak było, jednak tak nie jest.

Trzeba żyć.

Choćby nie dla siebie to dla innych. Dla uśmiechu, dla obecności którym sprawiam innym.

Bo wiem, że jestem wartościową osobą i wiele osób nie poradziłoby beze mnie.

Świat by się dla nich skończył….

Autor: Paulina Kinga Barańska

Fot.: Free-Photos

LAWINY ŁEZ

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.V

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.V

Każda historia jest inna

INACZEJ 

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.V

Nuda, jak wcześniej  wspomniałem może mieć charakter motywacyjny, a może być elementem szalenie destrukcyjnym.

Z moich obserwacji wynika, że osoby stosunkowo młode gorzej ją znoszą i dlatego większość zajęć jest adresowana do nich.

Nie będę specjalnie odkrywczy jeżeli dodam, że duży wpływ na nastrój i odczuwanie nudy miał fakt, co czekało na nich poza murami Instytutu. Część nie miała do czego wracać co nie poprawiało im nastroju na cześć czekały pilne sprawy, współmałżonkowie, dzieci. Problem bezdomności pacjentów nie był w Instytucie lekceważony i stanowił jeden z ważnych elementów terapii.

Dbano również o zapewnienie środków na utrzymanie po zakończeniu leczenia w systemie zamkniętym.

System pomocy społecznej jest dosyć ubogi i niewystarczający, a o pomoc trudno niemniej byłem świadkiem, że niekiedy udało się pomóc.

Myślę, że stopień zaangażowania i świadomość, że leczenie kryzysów psychicznych jest procesem długotrwałym, a niektóre schorzenia dożywotnie powodował, iż problemy bytowe zajmowały tak ważna rolę w procesie zdrowienia.

Myślę, że ten stopień zaangażowania wyróżnia szpitale psychiatryczne od ogólnej służby zdrowia .

W Instytucie, ponieważ jest rejonizacja, niektórzy pacjenci trafiają cyklicznie np. przy chorobie dwubiegunowej lub z powodu zaprzestania brania leków przy schizofrenii lub depresji uznając, że są już wyleczeni i nie muszą tego robić.

Jest to złudzenie wywołane pragnieniem zapomnienia o chorobie, ale też efektami ubocznymi brania leków.

Są przez personel traktowani, jak starzy znajomi- stosunki bez mała rodzinne.

Uważam, że to również stanowi znaczącą różnicę z ogólną służbą zdrowia.

Personel w  Instytucie miał świadomość, że może się spodziewać powrotu swoich podopiecznych w przyszłości.

Znalem młodego człowieka, który powracał kilkanaście razy, a może kilkadziesiąt, był na szczęście wyjątkiem, bardzo mu współczułem.

Wracajmy jednak do tego, co jest tematem przewodnim tj. nudy.

Obiecałem Julii, że nie będę poruszał spraw palaczy, gdyż uważam ten temat za zbyt oklepany. Jednakże pisząc o nudzie w szpitalu nie sposób go pominąć.

Mam wrażenie, że wspólne palenie jest głównym sposobem spędzania czasu u palaczy, a rozmowy: „Czy masz fajkę?” wypełniały im życie.

Zazdrościłem im, gdyż mimo, że pochodzę z rodziny palaczy sam nie pale.

Przychodziłem pod dziwi palarni i patrzyłem tęsknie, ale ten tytoniowy zaduch skutecznie mnie odstraszał przed chęcią wstąpienia. Mimo, że sam nie palę, to dla osób palących pozbawienie możliwości dymka byłoby dodatkowym stresem.

Takie przymusowe odzwyczajanie szczególnie dla osób neurotycznych, a takich była większość, mogło mieć bardzo negatywne skutki dla wielu pacjentów i chociaż z tego co wiem nie był to proceder popierany,  to jednak go tolerowano. To też różniło Instytut od innych szpitali.    

 

Autor: Tomasz Dejdo

Fot.: Basil MK z Pexels   

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT V

Lawiny łez

Lawiny łez

Każda historia jest inna

INACZEJ 

LAWINY ŁEZ

Kiedy leżysz i czujesz jakby Twoje ciało eksplodowało. Kiedy nie wiesz co robić bo boisz się podjęcia jakiegokolwiek kroku.

Myśli krążą w głowie. Łzy lawinami spływają po policzkach.

Nie chcesz tutaj być ale coś jeszcze trzyma Cię przy życiu.

Ściany, mam wrażenie, robią się mniejsze, jakby świat malał a ja razem z nim.

Niby jesień jest piękna. Kolorowa. Ubogacona. Do tej pory też tak było w moim sercu.

Ale teraz jakby cierń wiercił w nim dziurę. Rana jest otwarta, brudna i zaropiała.

Ciernie wbijają się w tkankę.

Czuję ból. Ból jakiego nigdy nie czułam. Jest on przeszywający, wiercący i straszny. Wnika w ciało jak mgła rozpościerającą się nad autostradą. Jest wręcz źle.

Siadam. Patrzę na tę cholerną ścianę i proszę żeby wszystko się uspokoiło. Słyszę zacinanie deszczu o parapet.

Znowu jestem wyczulona na każdy dźwięk.

Boję się.

 Co chwila odwracam wzrok w stronę okna bo mam wrażenie, że za chwilkę coś się stanie.

Chcę uciec, skryć się jak najdalej.

Bardzo to boli kiedy w takim stanie emocjonalnym jest się samemu. Kiedy wszyscy, na których można liczyć odwracają się.

Znowu powtórka z przeszłości. Czujesz się bardzo samotny wśród tylu ludzi Cię otaczających.

Z punktu widzenia innych, jesteś sympatyczną i otwartą osobą. I nikt nie pomyśli że czujesz się osamotniony. Że Ty, taki błyskotliwy i otwarty człowiek, masz swoje koszmary.

Życie to nie bajka. Życie to walka o przetrwanie w tym strasznym świecie.

Kiedy jesteś słaby, to od razu otoczenie to wykorzysta. Nie będzie zmiłuj.

Ale gdzieś, hen, hen daleko są osoby, które zawsze pomogą. Nie zawsze jest to rodzina. Może to być obcy człowiek, który okazuje się Aniołem.

 

Autor: Paulina Barańska

Fot.: Victoria_Borodinova

LAWINY ŁEZ

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.IV

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.IV

Każda historia jest inna

INACZEJ 

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.IV

 

Zakończyłem poprzednie refleksje stwierdzeniem byście nie myśleli, iż szpital psychiatryczny jest miejscem, gdzie wszyscy chcieliby przebywać.

Jednym z zagrożeń jest nuda.

Chodzi mi o negatywne zjawisko psychiczne, a nie o nagość  po łac. gola-nudyzm.

Nuda nie musi mieć charakteru negatywnego, może być motywacyjna, by od niej uciec lub relaksacyjny np.: na urlopie.

W szpitalu jest na ogół przeżyciem negatywnym, co wiąże się z przymusem przebywania w jednym miejscu przez wiele nieznających się osób. Monotonia  dnia codziennego, brak wyboru. Łatwo sobie wyobrazić jaki to ma wpływ na osoby w kryzysie i jak pogłębia wszystkie negatywne objawy.

W Instytucie sprawę nudy traktowano bardzo poważnie. Nie czekano aż deszcz przestanie padać, gdyż jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą. Czy jak w piosence Agnieszki Osieckiej popełnia się zbrodnie.

Na Oddziale był pokój-pracownia plastyczna i biblioteka w jednym. Przeszkolona, bardzo mila z wykształceniem plastycznym Pani prowadziła zajęcia i uczyła chętnych różnych technik malarsko-plastycznych w zależności od zainteresowań. Bylem tam w czasie Świąt, gdy z pomocą swych podopiecznych udekorowała cały oddział.

Biblioteka z uwagi na wielkość pomieszczenia nie była zbyt duża ale i tam można było znaleźć coś ciekawego. Nasza opiekunka od zajęć miała również dużą ilość różnych gier, starych jak szachy czy warcaby lub karty do zupełnie nowych, był także sprzęt sportowy. Miałem w tym organizowaniu czasu swój udział, gdyż zorganizowałem turniej warcabowy, cieszący się powodzeniem, brydżowego niestety nie udało się zorganizować gdyż ta popularna za mojej młodości gra jest teraz słabo znana. Nauczanie gry w szachy również pozwalało w moim przypadku zając się czymś.

Dlaczego pisze o nudzie. Powodem jest co już wcześniej podnosiłem długość czasu który się spędza w szpitalu.

W szpitalach z którymi się wcześniej spotykałem problem nudy i wolnego czasu był traktowany marginalnie. Pacjenci tam przebywający nie spotykali się z problemami egzystencjalnymi chyba że efekt choroby mógł mieć taki skutek.

Na oddziale odsetek osób młodych do osób starszych był przeważający.

Z moich obserwacji wynika że osoby starsze łatwiej sobie radzą ze stresem wywołanym nudą, łatwiej  im jest się zajmować sobą. Maja więcej wspomnień. Temat dzieci a czasem wnuków i wspomnienia o nich zajmuje im czas. Osoby młodsze bardziej szukają towarzystwa, łatwiej się integrują, są bardziej otwarte (osoby młode to do 25lat).

Nie są to tezy specjalnie odkrywcze tym bardziej, że zdarzały się liczne odstępstwa od tych zasad. Inaczej na nudę reagowały osoby mogące wychodzić z oddziału, a inaczej te tej możliwości pozbawione.

W szpitalach problem ten nie występuje gdyż opuszczać oddziału nie mogą ci którzy nie mogą się poruszać lub są do czegoś podłączeni. Dla młodych to, że byli tak ograniczeni, było z małymi wyjątkami wywołanymi przerażeniem powrotu do świata zewnętrznego tak, jak w Czarodziejskiej Górze Tomasza Manna, motywacja do przestrzegania zasad leczenia, brania leków itp.            

 

Autor: Tomasz Dejdo

Fot.: Vlada Karpovich z Pexels

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.IV

MIŁOŚĆ

MIŁOŚĆ

Każda historia jest inna

INACZEJ 

MIŁOŚĆ

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego,

nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje……”

 

1 Kor 13,4-13

 

Miłość, czym ona jest? Uskrzydleniem, uniesieniem a może przepaścią?

Każdy czeka na tą swoją upragnioną, wyczekaną, jedyną, ostatnią………

 

Czekałam, myślałam, że już los się do mnie nie uśmiechnie…. Po wielu próbach i nieudanych relacjach zazwyczaj mnie niszczących i doprowadzających do dna możliwości ZNALAZŁAM.

 

Ale najpierw życie mnie doświadczyło, czuję, że chyba aż zanadto. Ból, cierpienie zarówno psychiczne jak i fizyczne było nie do zniesienia. Miałam wrażenie, że tylko zło puka do moich drzwi, że to ja jestem tą złą osobą. Że to ja tylko przyciągam toksyczne osoby, które tylko grają na moich uczuciach, wymagają, wymuszają i krytykują. Bardzo ciężki czas….

Miłość powinna unosić do NIEBA, powinna uskrzydlać. Moje wyobrażenie o miłości było unicestwione. Rozpadło się na milion kawałków. Kiedy już byłam bliska, że czułam, że to już jest to o czym pragnęłam całe życie, realia sprowadzały mnie niestety na ziemię. Kolejna porażka, płacz, cierpienie. Miłość, którą pragnęłam aby mnie wzmacniała powodowała że czarna otchłań doprowadzała do kryzysu. Nie chciałam żyć. Koleje porażki powodowały,  że już nie chciałam się angażować.

 

Miłość kiedy jeszcze w nią wierzyłam, że mnie spotka, że będzie jak osłoda na duszę jak wisienka na torcie. Że każdy dotyk nawet dłoni będzie przynosił dreszcz emocji. Że każdy pocałunek będzie jak ten pierwszy. Że przytulenie będzie dawało mi poczucie bezpieczeństwa i zatracanie się w cieple drugiej osoby. Że myślenie o drugiej połówce będzie szczęściem, że będzie motywacją do działania, do podejmowania i ryzyka. Ryzyka ale tego dobrego. Że miłość da mi to poczucie, że nie będę sama, że będę szczęśliwa, że nie będę myśleć o sobie ale o NAS. Że będę pragnęła bardziej szczęścia drugiej osoby niż swojego. Że życie wreszcie da mi coś dobrego.

 

DOCZEKAŁAM SIĘ!!!
Mam swoje szczęście na ziemi. Zrobię dosłownie wszystko by tego uczucia, by tej osoby nie stracić. Miłość mnie unosi. Dodaje energii w złych momentach. Daje poczucie wolności….. Jestem szczęśliwa. Każda minuta, sekunda bez NIEGO, kiedy nie słyszę jego głosu po prostu jest TĘSKNOTĄ. Z niecierpliwością czekam na każde spotkanie i rozmowę. Mam za każdym razem ten dreszcz i to podniecenie jak przy pierwszym spotkaniu. Uwielbiam to uczucie, kiedy łapię go za rękę, kiedy się do niego przytulam. Czuję, że wreszcie moje życie się ułożyło. Że znalazłam wreszcie WŁASNE NIEBO NA ZIEMI. Że po coś w pewnym momencie Pan Bóg mnie zostawił i odratował. Może właśnie dla niego? Żebym poznała smak prawdziwego zakochania, tej jedynej i niekończącej się miłości? Że ktoś kocha mnie bezwarunkowo, z kilkoma kilogramami w nadmiarze i moimi wadami. Że ktoś się dla mnie stara a ja dla niego. Że ktoś zabiega o moją obecność i cieszy się jak wariat na każde, nawet krótkie spotkanie w międzyczasie. Nawet, właśnie w tych momentach, kiedy ja upadam, kiedy nie daję sobie rady, kiedy myślę że to już koniec, ta miłość dodaje mi otuchy. To tak, jakby policjant ratował z opresji, tak jakby lekarz dawał antybiotyk. Miłość jest dla mnie lekarstwem, lekiem na całe zło. Pomimo chorób, które mnie dotykają, które staram się doszczętnie ukrywać przed innymi, uczucie to wspiera mnie. Daje otuchy jak przyjaciółka przyjaciółce. Jak brat młodszej siostrze. Kiedy czuję, że umieram z powodu swoich małych bądź większych problemów, miłość pokazuje, że warto zawalczyć. Dla niego, dla siebie. Dla zobaczenia tych iskierek w oczach i uśmiechu na twarzy.

 

Prawdziwa miłość nigdy nie ustaje. Nawet pomimo problemów, kłótni, choroby. Ona nas uskrzydla. Powoduje, że chcemy osiągać więcej i być razem. Bo bycie razem jest PIĘKNE. Bo życie jest cudem. Trzeba wierzyć do końca. Trzymać się tej ostatniej nadziei, tego światełka w tunelu.

Uwierzcie mi warto. Przekonałam się tego. Kiedy się czegoś bardzo pragnie to spełni się to.

 

Autor: Paulina Kinga Barańska

 

Fot.: Matheus Viana z Pexels

MIŁOŚĆ

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.III

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.III

Każda historia jest inna

INACZEJ 

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.III

Pomiędzy Instytutem a szpitalami, które znalem większość lekarzy, a także inny personel nie wyróżniał się strojem od pacjentów. To zrodziło znamy dowcip „Czym rożni się personel zakładu psychiatrycznego od pacjentów? Personel nocuje  domu.”

Ten sposób postepowania ma zmniejszyć stres pacjentów. Dotyczy to również sposobu zwracania się do siebie. Mało tu autorytarnego stosunku.

Na oddziale dziennym bylem świadkiem wizyty studentów psychologii z Petrsburga, nawet poproszono mnie o tłumaczenie. Brak hierarchii tak ich zaskoczył, że szybko wycofali się z tak niebezpiecznego oddziału.

Co najmniej raz w tygodniu jest czas na dłuższą rozmowę z lekarzem prowadzącym ,prócz codziennych obchodów. Tematy poruszane rzadko dotyczyły aktualnego stanu zdrowia a miały na celu raczej poznanie się. Musimy mieć świadomość, że to, co powiemy naszemu lekarzowi lub terapeucie jest często jedyną informacją, jaką posiada na nasz temat. Żadne badania krwi mu nie pomogą .Większość pacjentów ma tego świadomość. Nieliczne przypadki świadomego wprowadzania lekarza w błąd, na ogół kończące się źle ,były związane z chęcią szybszego opuszczenia Iub otrzymania konkretnego leku.

Bardzo negatywną role odgrywa dr.Google. Z jakiś atawistycznych powodów wierzymy we wszystko co jest  tam napisane nie mając zaufania do  własnego rozumu ani do tych co nas otaczają. To temat na dłuższy esej na który nie ma miejsca. Ci szybko wychodzący jeszcze szybciej  wracali, ale przynajmniej niektórych rozumiałem i współczułem. W moim przypadku rozmowy dotyczyły prawie wszystkiego, głownie literatury ,historii i szeroko pojętej kultury. Danie się wygadać pacjentowi to też terapia.

Zalecane były również codzienne spotkania z psychologiem. Były to zajęcia nieobowiązkowe, ale zalecane. Z początku wydawało mi się uczestniczenie w nich mało interesujące mimo zachęt ze strony personelu. Później na szczęście zmieniłem zdanie.

Zajęcia były tak skonstruowane, by nie powodować stresu wśród osób  w nich uczestniczących, a jednocześnie pobudzać.

Raz w tygodniu mieliśmy ćwiczenia relaksacyjne. Do dnia dzisiejszego wykorzystuje to czego się tam nauczyłem, ćwicząc raz, dwa razy w tygodniu zamiast lub obok gimnastyki.

Z psychologiem również należało spotkać się na godzinnej rozmowie stanowiącej terapie indywidualną. W moim przypadku były to rozmowy o wszystkim. Nie miałem wrażenia, że jest jakaś psychoanaliza według jakiegoś schematu.

Wszystko, co tu opisuje pokazuje jak duża jest różnica po miedzy szpitalem ogólnym a psychiatrycznym.

To nie koniec różnic ale nie chciałbym byście odnieśli wrażenie jak dobry wojak Szwejk i ze szpital psychiatryczny to najwspanialsze miejsce na świecie i tylko tam jesteśmy wolni. cdn

Autor: Tomasz Dejdo

Fot: hudsoncrafted

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT BLOG

USKRZYDLONA

USKRZYDLONA

Każda historia jest inna

INACZEJ 

USKRZYDLONA

Przez całe życie myślałam że marzenia nigdy się nie spełniają. Że tylko ja mam pecha, że tylko ja jestem tą jedyną, którą życie bardzo doświadczyło. Cierpienie, ból, łzy, choroba. Byłam załamana kiedy nie osiągnęłam tego o czym marzyłam. Bolało jak cholera. Dużo czasu minęło nim spostrzegłam, że to we mnie jest potencjał, że to ja kierując swoim życiem prowadzę do realizacji wszystkich marzeń. Że jeśli tylko będę chciała to mogę, to potrafię!

Marzenia są piękne, cudne, dają drogowskaz w tym trudnym świecie, w moim świecie. Gdyby nie one, gdyby nie to że zawsze chciałam więcej, po prostu już by mnie tutaj nie było. Nastąpiłaby ciemność. Byłoby NIC. Czarna otchłań wyszłaby spod łóżka i złapała mnie ramiona i ściągnęła w dół.
Ale!

Zawsze sobie wyobrażałam siebie za kilka lat: u boku cudownego mężczyzny, zawód i pracę, z której będę miała satysfakcję oraz perspektywy rozwoju osobistego.

Marzenia uskrzydlają. Dzięki nim świat nabiera barw. Jest kolorowy. Chce się żyć! Nawet kiedy mam bardzo ciężki dzień, kiedy tylko mam łzy w oczach i nie mogę oddychać, marzenia uwalniają. Myśl o nich sprawia, że znajduję się w innym świecie. Tym dobrym, tym bezpiecznym. Ogarnia mnie ciepło, czuję spokój i chcę więcej.

Wiecie co, mam to wszystko!!!
Kochanego chłopaka, realizuję się zawodowo oraz kształcę w nowym kierunku. Robię to co lubię. Cieszę się, że poczekałam. Że nie zrealizowałam tego planu, który od dawna kiełkował w głowie. Że nie zamknęłam się na ludzi, że wreszcie znalazłam swoje miejsce na ziemi. Jestem z siebie dumna. Cieszę się z każdego dnia darowanego od Boga.

Mam dla kogo walczyć.
PS Jeśli będziesz to czytał, to wiedz że jesteś dla mnie najważniejszą osobą w życiu.. Nigdy nie spotkałam człowieka, który by tak na mnie patrzył z czułością. Wspierał i kochał. Jesteś Moim Natchnieniem i Oddechem. Czekałam na Ciebie całe życie… Kocham!
Autor: Paulina Kinga Barańska
Fot.: Frank Winkler

Uskrzydlona

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.II

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.II

Każda historia jest inna

INACZEJ 

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.II

Na szczęście dla mnie, nie jestem zupełnym introwertykiem i mam bogatą historię kontaktów z innymi ludźmi.

Zaczynając od licznych pobytów w sanatoriach i szpitalach, przez harcerstwo, PTTK,  sport, nie wspominając o życiu zawodowym i szkolnym. Bardzo to ułatwiło mi adaptacje w nowych warunkach.

Druga refleksja ,która mi się nasunęła, to ogromna ruchliwość wszystkich, pacjentów i personelu.

W pamięci miałem obraz szpitali, w których schorowani pacjenci ledwo się snują lub cały czas leżą ubrani w piżamy i szlafroki, a tu jak na deptaku w Ciechocinku. Zachęcani dodatkowo przez personel.

Dla mnie leżącemu na korytarzu nie było to korzystne ,ale dzięki temu szybko poznałem większość.

Na korytarzu po ogłoszeniu ciszy nocnej ruch tylko nieznacznie się zmniejszył. Była grupa cierpiąca na bezsenność i potrafiąca spacerować do rana.

Z początku byłem zdziwiony, że nikt nie reaguje, później zrozumiałem, że było to słuszne i racjonalne.

Leki na bezsenność mógł otrzymać każdy jeżeli zgłosił taką potrzebę. Różniło się to od szpitali które znalem ,w których stanowczo, a często niezbyt grzecznie personel nakazywał, by przynajmniej zniknąć z korytarzy. Światło w pokojach było gaszone ale duże okna w dziwach wpuszczały wystarczająco dużo światła by móc czytać.

Kolejna rzecz ,która różniła Instytut od szpitali które znalem i która mnie zaskoczyła ,to były posiłki, a w zasadzie forma ich podawania. Na oddziale była stołówka, pełniąca też funkcje świetlicy i sali telewizyjnej, przed którą w porze posiłków ustawiała się długa kolejka pacjentów. Przywilej otrzymania posiłku w pokoju dotyczył tylko osób nie mogących się poruszać, czyli około 1%.

W moim przypadku, po skończonym karmieniu kroplówkami, nikomu nie przyszło na myśl, oprócz mnie, żebym mógł skorzystać z tego przywileju. Na początku nie bylem tym specjalnie zachwycony, gdyż bylem bardzo słaby, ale patrząc z perspektywy muszę przyznać im racje, gdyż zmusiło to mnie do mobilizacji, bez wątpienia miało to wpływ na proces zdrowienia.

Drzwi oddziału były zawsze zamknięte i tylko upoważnieni mogli na teren Instytutu, gdzie były sklepy, bufety, bankomaty itp.

Wokół budynków były tery zielone, a nawet boiska sportowe, sprzęt można było otrzymać bez problemu. Upoważnieni byli zachęcani do opuszczania oddziału i spacerów.

Nie należy z tego wnosić, iż panowały warunki więzienne, nie kraty tworzą więzienia jak pisze poeta. Ograniczenia były spowodowane dobrem pacjentów, nie wszystkim się to podobało i czasem na tym tle dochodziło do konfliktów.

Decyzje o prawie opuszczenia oddziału podejmowała Pani Ordynator, która też była moim lekarzem. Prawo do opuszczenia oddziału uzyskałem po upływie 6 tygodni.

Długość pobytu w Instytucie to kolejna różnica miedzy nim a zwykłym szpitalem. Minimalny okres pobytu to co najmniej 2 tygodnie. Procesy psychiczne są bardziej skomplikowane niż najbardziej skomplikowane załamanie. Umiejętność przystosowania się do otoczenia jest bardzo ważna. Kto nie posiada tej cechy ,przechodzi to bardzo ciężko. Pracownicy Instytutu zdają sobie z tego sprawę i starają się, by nie panowała nuda, która w zamkniętych grupach może rodzic dodatkowa frustracje lub agresję ludzi i tak  dotkniętych przez los. O tym i o personelu CDN.

Tomasz Dejdo

Fot.: photosforyou

 

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT CZ.II

„ŻYJĘ, CICHO KRWAWIĄC. KRWAWIĘ, CICHO ŻYJĄC”.

„ŻYJĘ, CICHO KRWAWIĄC. KRWAWIĘ, CICHO ŻYJĄC”.

Każda historia jest inna

INACZEJ 

ŻYJĘ  CICHO KRWAWIĄC. KRWAWIĘ CICHO ŻYJĄC

Lęk.

Doświadczyliście kiedykolwiek takiego lęku że aż brakło Wam tchu?

Że nie potrafiliście normalnie funkcjonować?

Że każdy dźwięk był tonem ostrzegawczym?

Że potwornie się baliście i nie wychodziliście z domu?

Jeśli odpowiedziałeś choć na jedno pytanie na TAK, to jesteśmy w klubie.

Kilka lat temu byłam cichą, spokojną dziewczyną. Nic nie wskazywało na to, że będę cierpieć, że będę przeżywać. Że w szkole będę się lepiej czuła niż we własnym ukochanym na tamte czasy pokoju. Że ja, będę, sama dla siebie problemem. Że nie będę w stanie opanować reakcji swojego ciała. Że nie będę ze spokojem przyjmować trudnych decyzji.

Rok 2014! Przede mną trudne decyzje i przykre wspomnienia. Nie chcę już o nich pamiętać. Są jak gilotyna. Lęk. Boję się każdego dźwięku. I wewnątrz domu i na zewnątrz. Każdy szelest, świst, pisk powoduje unie taki strach, że mam ataki paniki. Zamykam wszystkie zamki w domu, nawet ten od wewnętrznych drzwi. Nasłuchuję. Jestem czujna. Boję się ludzi. Boję się wyjść na zewnątrz. Każdy kontakt ze światem poza domem jest nie do przebrnięcia.

Czy ja umrę? Czy ktoś mnie uratuje? W środku czuję istny wulkan emocji.

Na zewnątrz nic nie widać, bo doszczętnie to skrywam. Wszystkie emocje i złe uczucia chowam do głębi serca. Jest bardzo ciężko bez pomocy bliskich.

Jak mają mi pomóc skoro nie umiem im tego wyznać?

Jak powiedzieć?

Nigdy tego nie zrozumiem, czemu, dlaczego, tak postąpiłam.

Gdybym tylko mogła cofnąć czas.

Gdybym….

No właśnie. Tamten czas był bardzo trudny. Zalękniona, pełna obaw, niepokoju, żyłam. Ale to życie nie było życiem. Było po prostu rozkruszonym jak lustro milionem kawałków. Studnią bez dna. Ciemnością bez blasku księżyca. Rozdzierającym krzykiem płaczu. Świat jest mroczny. W tamtym czasie, dla mnie, za bardzo. Nie potrafiłam się otworzyć. Nie umiałam żyć. Nie potrafiłam oddychać pełną piersią.

Na ten moment nauczyłam się reakcji organizmu. Kiedy, gdzie jak…. Ale zdarzają się takie chwile kiedy złe myśli porywają mnie. Unoszą z podłoża by za sekundę z impetem rzucić mną o ziemię. Upadki są ciężkie, ale podnoszenie się z kolan jeszcze bardziej. Codziennie uczę się nowych informacji o sobie. Gdzie jest ta umowna granica – gdzie jest koniec.

Dziś kiedy myślę o tym stanie, w którym byłam, jestem szczęśliwa.

Zdarzają się upadki, oczywiście, ale wiem jaką podjąć z nimi walkę.

Patrząc wstecz, widzę jaką pokonałam drogę i że było warto. Dzięki temu, wiem jak smakuje porażka, a jak smakuje zwycięstwo.

Fot.: Enrique Meseguer

Żyję, cicho krwawiąc.

Po drugiej stronie krat

Po drugiej stronie krat

Każda historia jest inna

INACZEJ 

PO DRUGIEJ STRONIE KRAT

Szanowni Państwo,

Korzystając z uprzejmości Julii, chciałbym się z Wami podzielić kilkoma refleksjami. Wyjaśnię w paru słowach dlaczego pozwalam sobie zaprzątać Waszą uwagę.

Julie poznałem na kursie prowadzanym przez APS (Akademia Pedagogiki Specjalnej dla doradców zdrowienia.

 Z zawodu jestem, a raczej byłem prawnikiem ,po Uniwersytecie Warszawskim  oraz aplikacji radckiej. Zawód wykonywałem ponad 20 lat. Później skoncentrowałem się raczej na doradztwie prawnym dla cudzoziemców zamieszkujących nasz kraj. Mam znajomych wszystkich ras i religii. Specjalizowałem się w prawie autorskim, prasowym, ochronie  dóbr niematerialnych. Byłem zatrudniony ww. jednostkach szeroko rozumianej kultury, agencje artystyczne, wydawnictwa, radia, gazety itp, jako radca prawny robiłem też rzeczy bardziej przyziemne .

Wrażenia, którymi zamierzam się z Wami podzielić   dotyczą ostatnich lat mego życia i związane  są z doświadczeniami z pobytu  w szpitalu psychiatrycznym  i rehabilitacji po szpitalnej .

Moje spostrzeżenia są obserwacjami osoby, która nigdy  nie leczyła się psychiatrycznie i zetknęła się z Opieka Medyczna w wieku mocno dojrzałym bez wcześniejszych doświadczeń. Nie  będzie to narzekanie ale moje refleksje.

 Znalazłem się w całkiem dla mnie nieznanym środowisku , kierowanym regułami, których nie znalem. Na ile różnią się od innych szpitali. Moja  wiedza o schorzeniach psychicznych kształtowała się głównie na podstawie lektur takich jak np.:””Szklany klosz” Sylwii Plath czy „Lot nad kukułczym gniazdem’ Kena Keseya, popularnych filmów itp. Na studiach zaliczyłem „Psychiatrię sadową”  w związku z tym uznawałem się za znawcę .Nic bardziej mylnego. Co do form leczenia, to oczywiście wiedziałem, że pacjentów nie trzyma się  klatkach ani nie są przykuwani do ścian. Wiedziałem również, że nie stosuje się już elektrowstrząsów oraz lobotomii. Jeden z moich bliskich znajomych po rozwodzie stosował prozak, wydawało mi się to dziecinne. Pisze to wszystko ,byście mieli Państwo świadomość, iż  macie do czynienia z uwagami kompletnego ignoranta gdy chodzi o kryzysy psychiczne jak również system leczenia i dlatego refleksje osoby z zewnątrz mogą być interesujące. Przez długie lata cierpiałem na pogłębiającą depresję ale wypierałem ze świadomości te oczywista prawdę aż do gorzkiego końca. Dla mojego otoczeni nie było to oczywiste, gdyż jestem osobą pogodną i autentycznie życzliwą. Przed kryzysem nie stygmatyzowałem osób leczących się psychiatrycznie jak zresztą nikogo, lecz uznałem, że mnie to nie dotyczy .Wiem ze to banalne ale tak właśnie było. Gdy 11 lutego2019r. trafiłem na oddział F-2 Instytutu Psychiatrii i Neurologii poczułem się jak Alicja po drugiej stronie, na szczęście nie miałem świadomości Dantego trafiającego do piekła. Mój stan nie był najlepszy, ale bylem bardzo ciekaw jak tam jest za tymi solidnymi dziwami i kogo tam spotkam. Nie było Dantejskiego, „trafiający tutaj porzućcie nadzieję”. Wręcz przeciwnie. Szybko poznałem większość przyszłych towarzyszy niedoli, gdyż zostałem umieszczony na korytarzu. Nie było to wywołane brakiem miejsc w ogóle tylko  pokojach z 24 godzinna obserwacją. Czułem się trochę jak  ZOO ,tyle tylko że tym razem to ja byłem po drugiej stronie. Bawiło mnie to, że ja od wielu lat od ostatniego rozwodu samotni i dbający o swoja prywatność zostałem ekshibicjonistą. Była to moja pierwsza refleksja, ze czasy prywatności się skończyły. CDN.      

Tomasz Dejdo 

 

Fot.: Alf Holm

Paulina Kinga Barańska

Paulina Kinga Barańska

INACZEJ

Cześć! Jestem Paulina

Na co dzień opiekuje się innymi gdyż z zawodu jestem pielęgniarką. Uwielbiam swój zawód. Przynosi mi wiele satysfakcji i radości. Otworzył mnie na dobro. Uśmiech pacjenta i zadowolenie powoduje że cieszę się. Często rozmawiam na trudne tematy. Sama jestem osobą naznaczoną przez pryzmat choroby. Na razie obejmę to tajemnicą. Z czasem z moich tekstów dowiecie się co mi jest. Mam wiele pasji. Jedną z nich jest właśnie pisanie i odzwierciedlanie emocji na papierze. Do niedawna wszystko szło do szuflady ale ktoś zauważył mój talent. Niedługo będę również Panią Psycholog. Rozmowy dodają mi energii i werwy. Uskrzydlają mnie. Również lubię zaopiekować się błąkającymi się duszami. Jestem mistrzem w maskowaniu. Wiele lat sama przed sobą samą się blokowałam i unikałam. Teraz wiem, że rozmowa to podstawa i szczerość popłaca. Będzie mi bardzo miło jeśli przeczytacie moje teksty i coś z nich wyniesiecie dla siebie samych. Pozdrawiam, Paulina

OCZY SMUTNE, PEŁNE ŁEZ I CIERPIENIA

Depresja.

Wszystkim dookoła wydaje się że to zły humor, obniżony nastrój. Zwykły dołek. Takie nie chcę mi się. Ale tak na prawdę to jakby zamknięcie w klatce z dzikim zwierzęciem i czekanie na pożarcie.

W dzisiejszym świecie coraz więcej osób cierpi na depresję.

Według WHO ta choroba w rankingu zajmuje pierwsze miejsce.

Nic więc dziwnego że świat się zmienia. Zmienia na gorsze. Ciągły wyścig szczurów, kompleksy i to że trzeba być najlepszym nie sprzyja zdrowiu.

Telewizja zwłaszcza reklamy propagują seksualność, a co za tym idzie wysublimowaną, szczupłą sylwetkę. Nie wszyscy są tacy i na tym cierpimy. Ciągłe oglądanie i osłuchiwanie się z tym, tak strasznym światem, powoduje że nie chce się już tutaj być. Że ma się wrażenie że wędrówkę należy zakończyć. Już nawet dzieci, a zwłaszcza młodzież nie może się pogodzić z tym że nie wpasowują się w kanony piękna, mody.

Świat jest trudny, ciężki. Wydaje się, że wiemy co robić, jak postępować ale w sumie zostajemy z tym sami.

Trudno nam się otworzyć, powiedzieć bliskim. Powiedzieć, przyznać się przed samym sobą, że jest źle. Że nie dajemy rady, że nam trudno. Że nie wiemy co robić.

Boimy się. Cierpimy w samotności, w środku naszej pokruszonej duszy.

Ma się wrażenie, że ciało rozpada się na milion kawałków. Ma się wrażenie, że nie da się tego poskładać, że nie ma wyjścia. Że najlepszym sposobem będzie ucieczka. Podróż w jedną stronę bez biletu powrotnego. Samobójstwo. Śmierć. Nic. Ciemność. Ulga.

W sumie nic nie mówiąc ja też choruję na depresję. Staram się kamuflować. Nakładać co raz większy uśmiech i makijaż. Ale niekiedy się nie da. Po prostu się nie da. Są takie chwile, dni i wieczory czasem noce że marzę aby mnie już nie było. Nie mam siły. Nie chcę już tutaj być. Boję się takich chwil że znowu będę miała tą odwagę i będę chciała odejść. Zniknąć. Umrzeć.

U mnie to wszystko widać po oczach. Są wtedy smutne, pełne łez i cierpienia.

Ci co na prawdę mnie znają wiedzą że najlepiej mnie wtedy mocno przytulić i tulić z całych sił. Że ta siła i energia z przytulenia dodaje mi otuchy. Że jest odskocznią. Że ratuje mnie. Że dodaje mi odwagi i siły by walczyć ze swoimi lękami i obawami.

Jest wyjście, wyjścia. Trzeba się otwierać na bliskich. Rozmawiać, wyjaśniać, omawiać.

Ja, przyznam sama, mam z tym duży problem. Nie potrafię powiedzieć wprost: tak, mam myśli żeby sobie coś zrobić”. Nie potrafi mi to przejść przez gardło bo wiem ile cierpienia to sprawia. Że nie łatwo się o tym słucha. Że to ciężkie. Że to nie tylko boli mnie ale też drugą stronę. Że nie wiadomo co powiedzieć, jak postąpić. Czy przejść z tym do porządku dziennego.

Nie! Nigdy! Z depresją trzeba walczyć. Założyć zbroję i tarcze i ruszyć do boju. Nie wolno jej zakiełkować i rosnąć w siłę. Nie wolno! Jedną bitwę można przegrać ale nie wojnę! Zawsze jest nadzieja. Zawsze!

Paulina Kinga Barańska

Fot.: Anemone123

Julka Małecka chad i Paulina Kinga Barańska