JULIA (OD NOWA) GRZYBOWSKA

JULIA (OD NOWA) GRZYBOWSKA

Każda historia jest inna

JULIA

(OD NOWA)

GRZYBOWSKA

Z pewnością rozdział, który obecnie się przede mną otwiera to zupełnie nowa przygoda. To historia pisana przez kobietę dojrzałą, świadomą i silną. Kobietę, którą rok życia nauczył tyle, co niejeden nie zdołałby pojąć przez 10 lat.

12 miesięcy życia zatoczyło swoje koło.

Ten rok był niczym kalejdoskop- barwy: czerwieni, żółci, zieleni przeplatały się non stop w niemożliwych do przewidzenia konstelacjach. Ten rok był rokiem przełomowym. To czas, w którym nie brakowało ani łez, ani głośnego śmiechu ulgi. To zima, wiosna, lato, jesień spędzone pośród ludzi, których obecność dawała ukojenie i poczucie, że są osoby pełne empatii i dobrych serc. Ale jak wiadomo obok dobra na świecie istnieje też zło i nie byłabym uczciwa, gdybym nie powiedziała o tych momentach, które były trudne, niesprawiedliwe, pełne złej energii, która zatruwała moją rzeczywistość. Tak. I owszem. Nie brakowało też i takich momentów. Dlatego właśnie ten rok był tak szczególny. Podobny do jazdy na rollercoasterze. Przewrotny, jak objawy Choroby Afektywnej Dwubiegunowej- raz dół, raz góra – wszystko zmieniało się tak szybko….

Jednak mimo tej szalonej gonitwy, która trwała 365 dni (może nawet dłużej) cały ten chaos i bałagan nie odbił się na poczuciu równowagi, które mimo wszystko zachowałam, z czego jestem dumna.

Staję zatem pełna nadziei i ufności. Bogata w wiarę, że teraz to już tylko z górki. Nie czuję co prawda bym stała na szczycie, ale oddech, który biorę pełną piersią jest westchnieniem radości i ulgi. Jest dowodem wolności i tego, że jest możliwe uwolnienie się od życia w kieracie. Wzięcie swoich losów w swoje dłonie i sprawienia, by Twój los był taki, jakim Ty sobie tego życzysz. Uwolnienie się jest cholernie trudne. Szczególnie gdy nie dotyczy tylko i wyłącznie Ciebie, ale też i Twoich dzieci, a wplątane w tę kanwę są również inni ludzie. Ludzie, którzy myślą, że coś jesteś im winien, że masz w stosunku do nich jakieś zobowiązania. Podczas gdy to są mrzonki. Bo tak naprawdę jesteśmy wolnymi ludźmi. Nikt i nic nie może sprawić, żebyś żył tak, jak każą Ci inni. Czasem jednak o tym zapominamy i nasze życie wygląda jak sen. A może raczej lepszym słowem byłby tutaj „koszmar”. Senne widmo, z którego nie można się obudzić. Tkwisz w takiej marze nie wiadomo jak długo i tracisz nie tylko energię, ale to, co masz najcenniejszego – CZAS. Czas, który mógłbyś przeznaczyć na poznawanie ludzi, zwiedzanie świata. Na to, by nawiązywać relacje nie tylko z nowymi osobami, ale również zacieśniać te ze swoimi bliskimi. Bo okazuje się, że zmora nie dotyczy tylko Ciebie. Jej macki oplotły wszystkich tych, którzy byli dla Ciebie ważni. Od jednych Cię odgrodziły, od innych oddaliły, w stosunku do niektórych sprawiły, że zamilkłeś ze strachu. Sam już nie wiesz, dlaczego tak długo godziłeś się na taki stan rzeczy. Dlaczego wcześniej nie potrafiłeś zaooponować. A może wiesz… Może przewidywałeś… Może domyślałeś się jak ciężkie może być życie na własnych zasadach. Brałeś pod uwagę to, że może ono być podobne do tego czasu, który ja przeszłam właśnie przez ostatnie 365 dni.

Pytanie: Czy warto? Czy warto odzyskać wolność? Czy warto żyć na własnych zasadach? Czy warto z odwagą we własnym domu żyć tak, jak się chce, mówić to, co się chce i otaczać się tymi ludźmi, którymi się chce?

Odpowiedź jest chyba jednoznaczna.

Każdy, kto dziś stoi przed dylematem: ODEJŚĆ czy ZOSTAĆ?

Każdy, kto stawia na szali swoje obecne życie i przyszłość, jaką może wieść.

Każdy, kto się boi….

Wszystkim tym osobom powiem jedno: WARTO.

Warto odzyskać głos. Warto odzyskać przestrzeń. Warto być wolnym i żyć według swoich zasad.

A co zrobić, by nie obudzić się „z ręką w nocniku?”

Hmm….  Szczerze mówiąc nie wiem, bo los chciał, że sama znalazłam się w takiej właśnie gównianej sytuacji. Ale nie siedziałam w ciepłej kupie tylko energicznie odgarniałam łajno. Przerzucałam je z jednej na drugą stronę czasem bez ładu i składu. Ubrudziłam się przy tej robocie niemiłosiernie. Ale wiem już teraz jak ono śmierdzi i mam świadomość, że taka praca nie tylko jest potrzebna, ale też wiele uczy. Kiedy bowiem przerzucisz już cały ten syf dokopiesz się do skarbu. Największego majątku, jaki może dać Ci życie- do prawy o sobie samym. O tym, jaki jesteś. O tym, co jest dla Ciebie istotne. O tym, czy łatwo się poddajesz i kto tak naprawdę jest Twoim przyjacielem, a kto stał przy Tobie tylko po to, by ładnie wyglądać na zdjęciu. Prawda o Tobie jest prosta – to Ty jesteś najważniejszą osobą w swoim życiu i to Ty możesz uczynić z nim WSZYSTKO.

Ja uczyniłam. WSZYSTKO, co potrafiłam. WSZYSTKO, co chciałam. WSZYSTKO, co mogłam.

I jestem z siebie dumna.

Takiej samej dumy życzę i TOBIE.

Powodzenia.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Julia (jeszcze niestety ciągle, ale już niedługo) Małecka

 

PRAWDZIWE ŻYCIE

PRAWDZIWE ŻYCIE

Każda historia jest innaPRAWDZIWE ŻYCIEW prawdziwym życiu trzeba płacić rachunki. Należy zatem mieć pracę. Najlepiej dobrze płatną, albo jak samodzielnie wychowujesz dzieci, to dwie, bo niestety z jednej raczej nie uda Ci się zapłacić tych rachunków, kupić jedzenia i...

czytaj dalej
SIMPLY THE BEST

SIMPLY THE BEST

Każda historia jest innaSIMPLY THE BESTNie mów hop zanim nie przeskoczysz. Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Tak, wiem, wiem…. Święta jeszcze trwają i nie wiadomo, co jeszcze może się wydarzyć… Jednak z ręką na sercu i z najczystszym sumieniem już teraz mogę...

czytaj dalej
WOLNOŚĆ ODZYSKANA

WOLNOŚĆ ODZYSKANA

Każda historia jest innaWOLNOŚĆ ODZYSKANAWszyscy na baczność. Każdy uważa na to co mówi, bo może przypadkiem nie spodoba się to głowie rodziny i do końca dnia nie wyjdziemy z awantury. Obiad pod nos. Posprzątane. Nie ma się do czego doczepić.I ten czas…Czas Świąt…...

czytaj dalej

LOSY ZIEMI

LOSY ZIEMI

Każda historia jest inna

LOSY ZIEMI

Od czego zależą losy Ziemi? Od zmiany klimatu? Od zanieczyszczeń? Od wycinki lasów? Pewnie tak.

.

Ale czy to wszystko jest istotne?

Czy ważne jest nadmierne wydobywanie surowców naturalnych albo ponadprogramowa konsumpcja, która prowadzi do niesamowicie wielkiej produkcji śmieci? Zagrożenia biologiczne, wpływ działań ludzkich na gatunki albo postęp technologiczny czy to wszystko cokolwiek nas obchodzi?

Tak, oczywiście, że tak…

W skali globalnej.

Natomiast jeśli przyjrzymy się dokładniej temu, co nas dotyka, smuci i przyciąga naszą uwagę, to z pewnością nie będą to czynniki, które wymieniłam powyżej. Nie oszukujmy się losy świata to nie jest temat, który przychodzi nam do głowy tuż po otwarciu rano oczu lub gdy miękko składamy wieczorem głowę na poduszkę.

Co zatem może nas trapić?

Nieumyte naczynia, które razem z nami prześpią tę noc w zlewie na przykład. Cieknący kran i brak funduszy na to, aby go naprawić. Generalny brak funduszy. Sprawy związane z pracą (co zrobiłam źle i czy na pewno zrobiłam źle, bo przecież łatwiej jest założyć, że jednak zjebałam niż że mi poszło dobrze, albo może palnęłam znowu coś nieodpowiedniego- no generalnie myśli są różne). Dzieci!!! Ten temat jest wielopłaszczyznowy- czym nakarmić, w co ubrać, jak sprawić, by czuły się kochane, docenione, zadbane.

Jak niewielkie są problemy świata w zderzeniu z naszymi „małymi” rozterkami dnia codziennego, prawda?

Są też takie dni – radosne przeważnie, które niosą za sobą czasem trudne zakończenie. Mówię tu o dniu nawiązania jednego z najważniejszych paktów pomiędzy ludźmi, jaki da się stworzyć. Jest to oczywiście przysięga małżeńska: „I że Cię nie opuszczę puki ŚMIERĆ nas nie rozłączy.”

I tu pojawia się zagwozdka …, bo najlepiej by było, aby faktycznie kostucha zainterweniowała. Nie można po dobroci? Nie można się dogadać i mieć spokój? No NIE!!! W większości wypadków niestety nie. Dlaczego? Czy tu chodzi o pieniądze, majątki, sprawy finansowe? Czasem taki właśnie jest powód waśni podczas rozstań, ale moim zdaniem przede wszystkim chodzi tu o zranione EGO. I tyle.

W życiu małżeńskim i partnerskim zdarzają się chwile trudne, czasem wręcz nie do przewidzenia. Takimi momentami mogły być w moim małżeństwie z pewnością moje epizody maniakalne. Zdaję sobie sprawę z tego, że próby radzenia sobie z codziennymi problemami, konflikty, różnice poglądów i oczekiwań, to wszystko może składać się na trudne wybory. Jednakże, w tych chwilach, gdy zderzamy się z naszymi własnymi słabościami i ograniczeniami, zazwyczaj okazuje się, że to nie tyle same zobowiązanie, ile sposób, w jaki je realizujemy, decyduje o przyszłości związku.

Wartość przysięgi małżeńskiej nie polega jedynie na utrzymaniu relacji do ostatniego tchnienia. To również wyzwanie do ciągłego wzrostu osobistego, wspólnego rozwijania się jako partnerzy i zdolność do wspólnego pokonywania trudności.

Podobnie jak losy Ziemi, nasze związki wymagają dbałości o większy kontekst, o zdolność dostrzegania i rozwiązywania problemów, które pojawiają się na wspólnej drodze. Tylko poprzez szacunek, komunikację i gotowość do wzajemnego zrozumienia możemy naprawdę spełnić nasze ślubowanie małżeńskie.

Losy Ziemi to dla mnie temat dużej wagi. Jednak nie tak dużej jak to, co dziś się stanie. Otóż dziś od jednego „TAK” lub „NIE” zależy moja „wolność”. Czekam na nią od roku. Nie mam pojęcia co się stanie. Jakie będzie postanowienie osoby, która decyduje o moim życiu, o mojej przyszłości.

Niełatwo jest przekreślić 11 lat wspólnego życia. Jednak to życie porównane do roku ciężkiej walki zdaje się być koszmarem, pułapką, tragicznym teatrem.

Boże jak dobrze, że się z tego wyplątałam. A właściwie Boże dziękuję, że mnie z tego wyplątałeś!!!

Nie ma cienia wątpliwości, że bez ingerencji boskiej MOJE losy nie ułożyłyby się tak jak się potoczyły. A kierunek, który obrały jest moim zdaniem idealny.

I co z tego, że się nacierpiałam? I co z tego, że cały czas upadam i się podnoszę?

Opuściłam złotą klatkę i to jest najważniejsze.

Pamiętam te dni pełne zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że złota klatka, w której tkwiłam, była jedynym bezpiecznym schronieniem. Byłam uwięziona w sieci własnych obaw, ograniczeń i niezdrowych wzorców. Ale znalazłam w sobie siłę, by się z tego uwolnić. Wybawienie samo przyszło.

Każdy ból, każde zranienie, stały się cennymi lekcjami. Te doświadczenia ukształtowały mnie i nauczyły, co znaczy być silnym. Teraz widzę, że to wszystko było nieodłączną częścią mojej wędrówki, prowadzącej mnie ku wytchnieniu. (Jeśli pracę na dwa etaty i masę innych obowiązków można nazwać wytchnieniem).

Powtórzę jeszcze raz opuściłam złotą klatkę i to jest najważniejsze. Odkryłam wolność, której nie zaznałabym, gdybym pozostała uwięziona w złudnych złocistych obietnicach, które tam mnie trzymały. Teraz widzę świat w pełniejszym wymiarze, ciesząc się życiem na własnych warunkach. Codziennie dziękuję za odwagę i siłę do zmierzenia się z trudnościami i podjęcie decyzji o wyjściu na wolność.

Ten trudny krok miał sens, a każde wyzwanie było kamieniem milowym na mojej drodze. Wiem, że boska ręka nadal mnie prowadzi, a ja będę kontynuować podróż w pełni świadoma. Moje losy układają się coraz lepiej i w to chcę wierzyć, temu ufać. Tym bardziej, że sama nie jestem i to, co buduję wznoszę nie dla siebie samej.

Losy Ziemi, podobnie jak życie małżeńskie, stanowią skomplikowaną sieć zależności i wyborów. Pytanie, od czego zależą losy Ziemi, prowadzi  do refleksji nad wpływem naszych działań na środowisko, ale także nad tym, jak nasze małe, codzienne rozterki mogą być przyćmione przez globalne wyzwania.

Choć zmiana klimatu, zanieczyszczenia, wycinka lasów i inne globalne problemy są istotne dla przyszłości naszej planety, często skupiamy się na naszych własnych, bardziej osobistych troskach. Stając przed koniecznością wybrania się do sądu i spojrzenia w oczy tej osobie, z którą spędziło się lwią część swojego życia nie zastanawiamy się nad tym czy planeta cierpi czy nie. To przecież nasz ból wysuwa się wtedy na pierwszy plan.

Tak samo jak nieumyte naczynia, cieknący kran czy brak funduszy na naprawę mogą wydawać się błahe w porównaniu do ogromu problemów świata, ale są to sprawy, które wpływają na nasze życie codzienne.

W  małżeństwie również to niewielkie sprawy potrafią nabierać ogromnej wagi, nasze indywidualne wybory i decyzje mają wpływ na kształtowanie się losów naszych, a w efekcie i całej Ziemi.

Zatem od czego zależą losy Ziemi?

Od nas oczywiście.

A czy losy Ziemi są naszymi indywidualnymi rozterkami? Pozwolę sobie postawić tezę, że tak właśnie jest. Metafora Ziemi jest przecież naszym życiem. Cóż może być bardziej istotnego niż nasz byt? To z niego tworzy się historia naszej planety więc to, czy żyjemy w zgodzie czy też skaczemy sobie do gardeł oddziałuje na świat, w którym żyjemy. Losy Ziemi to nasze losy. Zatem mocno wierzę w to, że dziś Matka Natura, Bóg, Wielka Energia – wszystko, co rządzi tym Światem zadziała na moją korzyść. Po raz kolejny uwolnię się od formalnych więzów, które sprawiają że w pewnym sensie stoję w miejscu.

Trzymajcie za mnie mocno kciuki lub wznoście modły do nieba, bo moje losy dziś zależą od dwóch prostych słów” „Tak” albo „Nie” i koniec pieśni.

Życzę Wam, aby wasze losy toczyły się wspaniale.

Julia Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Gerd Altmann

 

PRAWDZIWE ŻYCIE

PRAWDZIWE ŻYCIE

Każda historia jest innaPRAWDZIWE ŻYCIEW prawdziwym życiu trzeba płacić rachunki. Należy zatem mieć pracę. Najlepiej dobrze płatną, albo jak samodzielnie wychowujesz dzieci, to dwie, bo niestety z jednej raczej nie uda Ci się zapłacić tych rachunków, kupić jedzenia i...

czytaj dalej
SIMPLY THE BEST

SIMPLY THE BEST

Każda historia jest innaSIMPLY THE BESTNie mów hop zanim nie przeskoczysz. Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Tak, wiem, wiem…. Święta jeszcze trwają i nie wiadomo, co jeszcze może się wydarzyć… Jednak z ręką na sercu i z najczystszym sumieniem już teraz mogę...

czytaj dalej
WOLNOŚĆ ODZYSKANA

WOLNOŚĆ ODZYSKANA

Każda historia jest innaWOLNOŚĆ ODZYSKANAWszyscy na baczność. Każdy uważa na to co mówi, bo może przypadkiem nie spodoba się to głowie rodziny i do końca dnia nie wyjdziemy z awantury. Obiad pod nos. Posprzątane. Nie ma się do czego doczepić.I ten czas…Czas Świąt…...

czytaj dalej

SIMPLY THE BEST

SIMPLY THE BEST

Każda historia jest inna

SIMPLY THE BEST

Nie mów hop zanim nie przeskoczysz. Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Tak, wiem, wiem….

Święta jeszcze trwają i nie wiadomo, co jeszcze może się wydarzyć… Jednak z ręką na sercu i z najczystszym sumieniem już teraz mogę stwierdzić, że…

…… tak pięknych Świąt, to ja w życiu jeszcze nie miałam.

Już od samego początku wraz z panującą gorącą atmosferą przygotowań czuć było dbałość o to, aby Święta były wyjątkowe, pełne radości i wspólnego czasu spędzonego razem.

W sam dzień Wigilii za oknem sypał biały puch, a w domu unosił się zapach choinki i świeżych pierników. W kuchni już od rana zaczęło się wielkie przygotowywanie potraw na wigilijny stół. Sałatka z kolorowych warzyw została przygotowana dzień wcześniej.

W kuchni rozbrzmiewały świąteczne kolędy, a cała rodzina brała udział w przygotowaniach. Dom już udekorowany. Bombki na choince wraz z kolorowymi światełkami pięknie błyszczały tworząc atmosferę magii i oczekiwania.

W trakcie gotowania czterech rodzaju ryb trwały rozmowy i w całym domu unosił się śmiech. Dzieliliśmy się wspomnieniami, planami na przyszłość i drobnymi anegdotkami. Wszyscy czuli, że to właśnie chwile spędzone razem są najcenniejszym prezentem.

Po tym czasie spędzonym przy kuchennej pracy, stoły uginające się od świątecznych potraw były gotowe. Gdy pierwsza gwiazdka pojawiła się już na niebie, zasiedliśmy do wspólnego posiłku. Otoczeni ciepłem rodzinnego domu poczuliśmy atmosferę nasyconą miłością i radością.

Wieczorem, gdy gwiazdy migotały na niebie, zasiedliśmy przy choince, wymieniając się prezentami i życzeniami. W tej chwili każdy czuł, że najważniejszym darem są bliscy ludzie i wspólne chwile spędzone w miłości. Boże Narodzenie było dla mnie w tym roku nie tylko świętem tradycji, ale przede wszystkim czasem, który umacniał więzi rodzinne i dodawał sił do codziennego życia.

Nie obyło się też bez łez… Skłamałabym, gdybym o tym nie wspomniała. Ale były to łzy, które musiały się pojawić. Łzy oczyszczenia. Łzy, które zapamiętam na zawsze. Łzy, które czegoś mnie nauczyły…..

Do tej pory Świąt nienawidziłam szczerze i moim jedynym marzeniem związanym z tym „pięknym” czasem było to, aby wyjechać gdzieś jak najdalej i mieć ten festiwal dwulicowości i obłudy głęboko w d…..

Można powiedzieć, że w pewnym stopniu w tym roku moje marzenie się spełniło. Mam to, czego pragnęłam – wyjechałam na święta, ale na szczęście nie potraktowałam Bożego Narodzenia z pogardą lecz uczciłam tak, jak trzeba.

Z czego wynika moja dotychczasowa- głęboka awersja do Świąt? Otóż gdy byłam mała i żyła jeszcze moja mama, a nie żyła generalnie długo, bo zmarła, gdy miałam 13 lat, to Święta były jednym, wielkim czasem nerwów i zbioru nieszczęśliwych wypadków. Dodatkowo mój ojciec miał dość duże problemy z alkoholem więc nigdy nie było wiadomo, czy zjawi się na Wigilii czy nie. Dla mnie, jako dziecka było to bardzo przykre.

Potem mimo, że osoby, które wychowywały moją młodszą siostrę i mnie, bardzo się starały by nic nam nie brakowało, to jakoś czas Świąt również nie był dla nas momentem pełnym radości i pokoju.

Natomiast ostatnie lata można nazwać po prostu porażką. Nie będę w to wnikać, bo po co tracić energię. Nie warto się rozwodzić.

Natomiast dziś, teraz, w tym momencie jestem szczęśliwa, bo po raz pierwszy od wielu lat uczestniczyłam prawdziwie w przygotowaniu wigilijnej wieczerzy. Razem z bliskimi brałam udział we wszystkim, w czym mogłam dzięki czemu nie usłyszałam, że „znowu przyszłam na gotowe”.

Otrzymanie zaproszenia w momencie, gdy tego BARDZO potrzebowałam sprawiło, że nasze Święta zostały URATOWANE.

Dziś – w drugi dzień Bożego Narodzenia- odpoczywam, siedzę z synem obok i pełna wdzięczności i radości mogę pisać ten tekst. Nie muszę nic. Ja tylko mogę. Mogę, bo chcę. Bo mam ochotę.

SIMPLY THE BEST- takie są moje święta w tym roku. Nic dodać nic ująć.

I tego Wam życzę jeszcze dziś na zakończenie tego świątecznego czasu, by był ona dla Was SIMPLY THE BEST.

Wszystkiego dobrego.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Victoria

PRAWDZIWE ŻYCIE

PRAWDZIWE ŻYCIE

Każda historia jest innaPRAWDZIWE ŻYCIEW prawdziwym życiu trzeba płacić rachunki. Należy zatem mieć pracę. Najlepiej dobrze płatną, albo jak samodzielnie wychowujesz dzieci, to dwie, bo niestety z jednej raczej nie uda Ci się zapłacić tych rachunków, kupić jedzenia i...

czytaj dalej
SIMPLY THE BEST

SIMPLY THE BEST

Każda historia jest innaSIMPLY THE BESTNie mów hop zanim nie przeskoczysz. Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Tak, wiem, wiem…. Święta jeszcze trwają i nie wiadomo, co jeszcze może się wydarzyć… Jednak z ręką na sercu i z najczystszym sumieniem już teraz mogę...

czytaj dalej
WOLNOŚĆ ODZYSKANA

WOLNOŚĆ ODZYSKANA

Każda historia jest innaWOLNOŚĆ ODZYSKANAWszyscy na baczność. Każdy uważa na to co mówi, bo może przypadkiem nie spodoba się to głowie rodziny i do końca dnia nie wyjdziemy z awantury. Obiad pod nos. Posprzątane. Nie ma się do czego doczepić.I ten czas…Czas Świąt…...

czytaj dalej

Masz? To daj!!!

Masz? To daj!!!

MASZ TO DAJ
MASZ TO DAJ

Poznań, lata 90-te, Rynek Łazarski.

Kilkunastoletnia dziewczynka z wielkim plecakiem ze stelażem u boku mamy przemierza stragany rosyjskich sprzedawców.

Dlaczego z plecakiem?

Bo mama jest chora- mam miażdżycę tętnic i nie może nosić nic ciężkiego- amputowano jej już jeden palec u stopy nie może więc pozwolić sobie na najmniejsze zagrożenie.

Dlaczego rosyjskie stragany?

Bo wtedy „u Rusków” można było kupić wszystko (za odpowiednią cenę oczywiście).

Scyzoryk dla kuzyna- „skolko?”

Zabawkowy wózek – „’Skolko?”

Obrus dla kuzynki – „Skolko?”

I tak mijało sobotnie przedpołudnie.

Masa przedmiotów, które można było tam nabyć była ogromna. Do wyboru do koloru. A mama dziewczynki miała dla kogo wybierać.

Nie ważne czy akurat zbliżały się czyjeś imieniny, urodziny czy tez jakakolwiek inna okazja – jeśli znalazła odpowiedni prezent kupowała go bez zastanowienia. Potem chowała do go szafy gdzie podarunek grzecznie czekał na odpowiednią datę.

Taka była mama dziewczynki, taka też stała się jej córka będąc dorosłą kobietą.

Łatwo odgadnąć, że dziewczynką z opowiadania jestem ja. I choć mamę straciłam bardzo wcześnie (bo już w wieku trzynastu lat), to zdążyła mnie nauczy tego pięknego nawyku- obdarowywania ludzi małymi prezentami, a tym samym okazywanie im miłości.

W książce „5 języków miłości” Gary Chapman językiem miłości nr 3 jest „przyjmowanie małych podarunków” i to jest zdecydowanie ten język miłości, którym ja mówię. Nie działa to jednak w obie strony. Bo moim językiem miłości zdecydowanie jest dotyk. Jednak jeśli chodzi o sposób w jaki ja okazuję sympatię i zainteresowanie moim bliskim to z pewnością są małe podarunki.

Masz? To daj!!!

Pamiętam to jak dziś. Mama, która miała prezent na każdą okazję. Mama, która przed I Komunią Świętą kupiła mi chyba z dwadzieścia podarunków wszystkie na cześć tego wspaniałego wydarzenia i w końcu mama, która tylko na mnie spojrzała i już wiedziała czego pragnę.

Podobno nie można obdarowywać innych podarkami, które sami otrzymaliśmy.

Dlaczego nie?- zapytam.

Jeśli dostałam w prezencie perfum, który jest dla mnie „zbyt ciężki”, ale sam fakt, że zostałam nim obdarowana sprawił mi ogromną radość i z wielką wdzięcznością za niego podziękowałam , to czy nie mogę tego podarunku „przekazać” dalej?

Jeśli komuś może się podobać i tym samym radość pomnożyć razy dwa.

Otrzymywanie cieszy, ale dawanie raduje jeszcze bardziej. (Przynajmniej mnie.)

Mam ogromną świadomość tego, jak wielu ludzi, jak wiele mi daje- i tu nie tylko mowa o przedmiotach.

Dostaje wspaniałe wiadomości: „Julka, jesteś zarąbista. Jestem Twoim fanem.”, „cieszę się że to Ty się pojawiłaś jak szukałam nauczyciela Kocham Cię słodkich snów ” Takie słowa i inne pokrzepiają i są najpiękniejszym prezentem, jaki mogę sobie wyobrazić. Miło jest słyszeć, czytać, ale jeszcze lepiej pisać, bo przecież ja również daję.

Daję swoje teksty, a one mają wartość.

Masz? Daj!!!

Oprócz wszystkich rzeczy materialnych, które mogę kupić lub przekazać dalej, mam do zaoferowania o wiele, wiele więcej- mam swoje słowa, zmaterializowane myśli- moje teksty, które całkiem za darmo daję za każdym razem, gdy je publikuję.

Czy przynoszą one komuś korzyść? Mam ogromną nadzieję, że tak- inaczej bym tego nie robiła.

Zbieram zatem całe moje doświadczenie, całą moją wiedzę, wszystkie uczucia oraz to, co chcę i mogę dać i ofiaruję je Tobie.

Mam. Więc daję.

Co Ty z tym zrobisz, to już Twoje sprawa.

Możesz to zachować tylko dla siebie.

Możesz wyciągnąć wnioski i czegoś się nauczyć.

Możesz podzielić się tym ze swoim bliskim.

Możesz przekazać dalej i dalej jako podarunek nie tylko mój dla Ciebie, ale też Twój dla osoby, którą być może kochasz, szanujesz, o której dobro się troszczysz…..

Mam, więc daję …

Wszystkiego najlepszego.

Mam nadzieję, że podoba Ci się mój prezent.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Zdjęcie ślubne moich rodziców Barbara i Zdzisław Grzybowscy- jedna z najcenniejszych rzeczy, jaka mi została jako pamiątka po rodzicach.

 

WARIATKOWO, DOM WARIATÓW, A MOŻE PO PROSTU SZPITAL PSYCHIATRYCZNY?

WARIATKOWO, DOM WARIATÓW, A MOŻE PO PROSTU SZPITAL PSYCHIATRYCZNY?

Każda historia jest inna

WARIATKOWO,

DOM WARIATÓW,

A MOŻE PO PROSTU

SZPITAL PSYCHIATRYCZNY?

Długo się leniłam…

Dobrze mi było na tym moim „urlopie”. Czas tak wolno, spokojnie i niespiesznie płynął.

Nie znaczy to, że niewiele się działo, bo działo się całkiem sporo- można powiedzieć nawet, że zbierałam owoce tego, co zasiałam w przeciągu minionych dwóch lat- udzieliłam kilku wywiadów do prasy, moje artykuły ukazały się na kilku portalach internetowych, niektórzy zaczęli się interesować tym, co robię. Jest to dla mnie bardzo ważne z tego względu, że zależy mi na tym, by nagłaśniać fakt, iż ze Schorzeniem Afektywnym Dwubiegunowym da się żyć- pięknie żyć- czego jestem najlepszym przykładem.

OD KWIETNIA PRZESTAŁAM JUŻ ZAPIERNICZAĆ

JAK DZIKI KRÓLIK – PRZYSTOPOWAŁAM TOTALNIE.

Zaniechałam pisania tekstów na blog, ale udało mi się napisać e-book’a, skończyłam kurs na Doradcę ds. zdrowienia i stworzyłam (dzięki fachowej pomocy Joanny Gzgier) tę piękną stronę www, na której właśnie gościcie).

Przyszła więc już prawie jesień, wieczory coraz krótsze, a ja pod skórą czuję, że czas już najwyższy znów wziąć się do pracy.

Skończyło się wylegiwanie na leżaczku nad brzegiem jeziorka- teraz czas na coś innego.

Postanowiłam reaktywować mojego bloga. Moje teksty pojawiać się będą w poniedziałki natomiast w piątki publikować będę teksty ludzi, którzy zgodzili się na współpracę ze mną. Znajdziecie je w zakładce „Inaczej”.

Postanowiłam też stworzyć cykl tekstów inspirowanych niesamowicie ciekawą książką profesora Łukasza Święcickiego „Buka u psychiatry”, które będą opowiadać między innymi o tym, czy szpitale psychiatryczne są potrzebne, dotkną też tematu samobójstw, opowiedzą o depresji wśród kobiet w ciąży albo o potrzebie holistycznego podejścia do leczenia u osób chorych psychicznie itp.

Pomysłów i inspiracji jest multum.

Zacznę zatem po kolei od pytania czy szpitale psychiatryczne są potrzebne?

Jako osoba, która w swojej „karierze” nie tylko odwiedziła, ale też doświadczyła pięciokrotnie jak wygląda przebywanie w szpitalu psychiatrycznym (trzymiesięczne) uważam, że jak najbardziej mam prawo wypowiadać się na ten właśnie temat.

Na początku jednak zacytuję słowa profesora Łukasza Święcickiego pochodzące z wyżej już wspomnianej książki.

Dodam może jeszcze tylko, że Pan profesor jest  specjalistą w zakresie psychiatriiprofesorem nauk medycznych, kierownikiem II Kliniki Psychiatrycznej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie i generalnie doskonale wie o czym mówi.

A mówi, a raczej pisze tak:

„Czemu oddział psychiatryczny jest niedobry? Krytycy takich oddziałów słusznie twierdzą, że nie przyzwyczajają do one do życia na wolności. Nie uczą, lecz oduczają. Nie prowadzą do samodzielności, a uległości. (…) Krytycy- macie rację! Rzeczywiście ani ja , ani wy (wy-krytycy) nie powinniśmy kłaść się w oddziale psychiatrycznym. Jeszcze nie, w każdym razie. Ale też nie są one dla nas i tu jest pies pogrzebany. Oddziały psychiatryczne (klasyczne, całodobowe, bez klamek itd.) są przeznaczone dla osób, które naprawdę, naprawdę, naprawdę są ciężko chore. Nie, że sobie nie radzą, że nie „zostały wyznaczone do roli”, nie, że „są najsłabszym ogniwem”. Nie! Nic z tych pseudonowoczesnych bredni. Wśród nas żyje całkiem pokaźna grupa osób bardzo ciężko chorych psychicznie. Po prostu psychicznie. Nie wiem, jak mam to wytłumaczyć, bo mam wrażenie, że nie jestem dobrze rozumiany. Są ludzie, którzy w trakcie trwania depresji chudną 20kg. Są tacy, którzy chudną 30. A znam takich, którzy schudli 60!!!. 60 kg żywego ciała. Są chorzy na schizofrenię (bo taka choroba niewątpliwie istnieje, choć zgadzam się, że można ją inaczej nazwać), którzy żyją wyłącznie w swoim świecie, niemal bez kontaktu z naszym światem. W okresach zaostrzeń chorobowych osoby te muszą być pod bardzo ścisła ochroną. Muszą się znaleźć w rezerwatach, żeby silni i zdrowi ludzie ich nie zniszczyli, nie zdeptali, nie pourywali im głów samym swoim oddechem.”

Dlaczego cytuję te słowa?

Bo są one dosadne prawdziwe.

Można mówić o szpitalach psychiatrycznych wiele. Tym bardziej, że są one różne- lepsze i gorsze- tego niestety też doświadczyłam.

Mimo tego, że w takim miejscu nie jest „przyjemnie” to w zupełności zagradzam się z profesorem Święcickim- szpitale psychiatryczne są potrzebne, a w niektórych przypadkach nawet niezbędne.

I odważę się nawet postawić tezę, że czasem są one przydatne bardziej rodzinie zdiagnozowanego niż samemu choremu.

To również wiem z autopsji.

Ja jestem zdiagnozowana od 18 lat na ChAD. Szczęśliwie od 6 lat moja rodzina już nie przeżywa ze mną horroru jakim było ciągłe poskramianie mojej szalejącej, odzywającej się co kilka lat, monstrualnej manii.

Lecz był czas, jak sami już policzyliście, trwał on 12 lat, gdy moi bliscy drżeli o zdrowie moje a także swoje.

Wizyty w szpitalu psychiatrycznym niejednokrotnie były wybawieniem tak samo dla mnie jak i dla nich.

To, co że na siłę dostawałam zastrzyki uspokajające w dupe, po czym pośladki bolałay niemiłosiernie.

To, co że nie raz zapinano mnie w pasy.

To, co że raz oberwałam w twarz od innej chorej i że zdarzyło mi się przespać noc w palarni, bo bałam się, że ktoś zrobi mi naprawdę krzywdę.

To wszystko nie są z pewnością miłe wspomnienia jednak suma summarum uważam, że pobyty w tych szpitalach były dla mnie dobre.

Wiem, że moja rodzina i przyjaciele nie byliby w stanie sami mnie „poskromić”, że mogłabym zagrać im lub samej sobie. Przy tak ogromnym stopniu abstrakcyjności, jaki prezentowałam w szczytowym stadium manii jedyne słuszne rozwiązaniem byłą hospitalizacja.

A jak ja jako Praktyk Wyzdrowienia ChAD reaguję, gdy rodzina osoby zdiagnozowanej pyta mnie o sprawy związane właśnie z tematem szpitali psychiatrycznych. Odpowiadam szczerze. Zgodnie z prawdą mówię o tym, że w takim miejscu rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Królują tam zasady, które bardzo łatwo pojąć. Kto ma fajki, ten ma władzę! (Przynajmniej tak był, gdy ja 8 lat temu byłam w szpitalu). Dzień zaczyna się ok 5:00/6:00 w centrum kultury- czyli palarni od kubka mocnej kawy i ta kawa towarzyszy wszystkim przez cały dzień. Jest jeszcze wiele zasad i reguł, które wato poznać, aby wiedzieć czego się spodziewać i jak przeżyć te trzy miesiące (bo przeważnie tyle trwa pobyt – dobranie leków itd.) – przynajmniej w moim przypadku zawsze tak było.

„Dom wariatów” to nie jest fajne miejsce. Co nie znaczy, że tak jak w normalnym życiu nie bywa tam wesoło. Oczywiście, że dzieją się rzeczy zabawne i często można się tam na serio dobrze bawić. Może nawet lepiej niż w domu, gdzie każdy od Ciebie czegoś wymaga. Gdzie musisz być odpowiedzialny za dzieci, musisz wypełniać swoje obowiązki itd…

Ti możesz sobie spać w ciągu dnia, śniadanko, obiadek i kolacja podane pod nosek- no żyć nie umierać.

Czyli, że krytycy cytowani w książce mają jednak trochę racji.

Tak, ale tylko trochę.

Ja absolutnie zgadzam się z autorem książki – szpitale psychiatryczne są potrzebne ludziom bardzo chorym, bo tacy naprawdę istnieją choć możemy ich na co dzień nie zauważać lub ignorować fakt, że są w naszym społeczeństwie.

A wszelkie Oddziały Dzienne czy Grupy Wsparcia to wspaniały pomysł, ale tylko dla osób, które są już „wyprowadzone” czyli takich, które mają już „ustawione” leki i w miarę normalnie funkcjonują.

Nie muszę już zatem chyba robić żadnego wielkiego podsumowania i odpowiadać na pytanie czy uważam, że „wariatkowo” to potrzebne miejsce.

Tak, tak i jeszcze raz tak!!!

Warto jednak wybrać przyjazną placówkę- to jest z pewnością niezmiernie istotne.

Wszystkim tym, którzy nie byli nigdy w szpitalu psychiatrycznym życzę, by nigdy w życiu nie musieli odwiedzać tego miejsca. Natomiast Ci, którzy mają w swoim życiorysie takie doświadczenie proszę o podzielenie się swoimi „wrażeniami w komentarzu”.

Dobrego dnia.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Peter H

 

WAŻNE DECYZJE

WAŻNE DECYZJE

Każda historia jest innaWAŻNE DECYZJEIle to razy w życiu stajemy przed trudnymi wyborami? Ważne decyzje, jakie należy podjąć mogą dotyczyć wielu poziomów naszego życia. Ja jako kobieta- matka samodzielnie wychowująca dwójkę synów i osoba od prawie już 22 lat...

czytaj dalej
LOSY ZIEMI

LOSY ZIEMI

Każda historia jest innaLOSY ZIEMIOd czego zależą losy Ziemi? Od zmiany klimatu? Od zanieczyszczeń? Od wycinki lasów? Pewnie tak. .Ale czy to wszystko jest istotne?Czy ważne jest nadmierne wydobywanie surowców naturalnych albo ponadprogramowa konsumpcja, która...

czytaj dalej
PRAWDZIWE ŻYCIE

PRAWDZIWE ŻYCIE

Każda historia jest innaPRAWDZIWE ŻYCIEW prawdziwym życiu trzeba płacić rachunki. Należy zatem mieć pracę. Najlepiej dobrze płatną, albo jak samodzielnie wychowujesz dzieci, to dwie, bo niestety z jednej raczej nie uda Ci się zapłacić tych rachunków, kupić jedzenia i...

czytaj dalej

KSIĘŻNICZKA NA ZIARNKU GROCHU

KSIĘŻNICZKA NA ZIARNKU GROCHU

Każda historia jest inna

KSIĘŻNICZKA NA ZIARNKU GROCHU

Brzuch, dupa, cycki… Tu za dużo, tam za mało- a PSL nie kłamie… Dlaczego, gdy stajesz przed lustrem w swojej głowie nie słyszysz: „Ale jestem zaje….sta.”, albo: „Piękne dziś wyglądam- to będzie wspaniały dzień.”? Może jest tak dlatego, że jako dziecko nie otrzymałaś tego, co otrzymać powinnaś.

TWOJE WEWNĘTRZNE AKUMULATORY

Nie zostały dostatecznie naładowane i teraz gorączkowo szukasz kogoś, kto potwierdzi, że jesteś fajna. A to, że jesteś fajna nie ulega żadnej wątpliwości. Wierzą w to wszyscy oprócz Ciebie, oczywiście.

Motasz się każdego dnia.

Poranne ważenie wyznacza Twój nastrój na cały dzień- czy coś się ruszyło- jeśli w górę- to dolina, jeśli w dół, to wielka euforia, stoi w miejscu- uffff.

Masz już te swoje kilkadziesiąt lat.

Jesteś inteligentna, doświadczona, zdajesz sobie doskonale sprawę z tego, że ładne ciało, to nie wszystko. Dla Ciebie liczy się już teraz Twoje wykształcenie, wiedza, jaką posiadasz, to, jaka jesteś generalnie- czy jesteś dobrym człowiekiem czy może nie- tylko Ty o tym wiesz najlepiej.

Ale skoro tak jest. Skoro jesteś tak bardzo oświecona, to dlaczego tak mocno przeszkadzają Ci te trzy fałdki na brzuchu i fakt, że z czasem nie mieścisz już się w swoje ulubione ciuchy.

No i jeszcze ta kwarantanna….

Podobno przeciętna Polka w tym okresie przytyła średnio 2kg.

A Tobie?

Ile udało się przywalić?

Nie musisz chwalić się w komentarzu. Nie proszę Cię o to.

Nie chodzi mi też wcale o to, byś teraz była zła na siebie samą lub by było Ci smutno z tego powodu, albo żebyś miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia.

Próbuję tylko Ci powiedzieć, że to jak wyglądasz- czy przytyłaś 2, 4, 6, 8 czy 10 kg o niczym nie świadczy.

Twoją wartością nie jest ani szczupła sylwetka, ani sukcesy zawodowe, ani ilość kierunków studiów, które ukończyłaś czy też zawrotne sumy, które zarabiasz.

Największą wartością jesteś TY- sama TY.

Twój uśmiech, twoja chęć niesienia pomocy, to że ogarniasz siebie i swoją rodzinę, albo nawet tylko siebie – bo czasem i tylko to, to już bardzo wiele.

Najważniejsza jesteś TY!!!

I na serio nie ważne jakie będziesz miała cycki, brzuch czy dupę.

Nie jesteś pępkiem świata- uświadom to sobie.

Ludzie nie myślą cały czas o Tobie i nie rozmawiają o Tobie non stop.

To tylko Ty i Twoje myśli tworzą Twoją rzeczywistość i tylko od Ciebie zależy, jaka ona będzie. Czy będziesz się w niej czuła dobrze i wygodnie, czy jednak coś cię będzie ciągle w d…pę uwierało.

Jesteś Księżniczką na ziarnku grochu?

To sobie bądź!!!

Nie mam nic przeciwko. ?

Pamiętaj, że księżniczka się nie wyspała.

A Ty?

Jeśli chcesz się dobrze wysypiać, to zlikwiduj ziarnko grochu. Pobolało, pobolało i niech już przestanie. A na końcu czeka KSIĄŻĘ.

Kim jest dla Ciebie KSIĄŻĘ?

Tego, to ja już nie wiem.

Wiem natomiast, kim on jest dla mnie- spokojnym, zrównoważonym życiem, w którym nie samobiczuję się co dziennie, a żyję w zgodzie ze sobą i robię to, na co mam ochotę, a nie to, czego wymagają ode mnie inni. W konsekwencji jestem szczęśliwa i spełniona.

Masz problem z grochem, który Cię uwiera w d….pę?

Możesz sobie z tym poradzić sama. Albo możesz to też skonsultować się ze mną.

Zapraszam na bezpłatną rozmowę wspierającą.

Skontaktuj się ze mną, to umówimy termin.

Brzuch, dupa, cycki…

Jak byłoby smutno i nieciekawie, gdybyśmy ich nie miały.

Kochajmy Kochane nasze brzuchy, dupy i cycki bez względu na to, czy są za małe, za duże, za płaskie itd.

Miłość do nas samych promieniuje na innych, a o to przecież chodzi, aby ją rozmnażać.

Dziś życzę Wam, abyście akceptowały siebie takimi, jakie jesteście, aby ten proces zadziewał się u Was każdego dnia na nowo.

Jeśli masz jakieś uwagi, albo przemyślenia, to podziel się nimi proszę w komentarzu.

Dziękuję.

Wszystkiego dobrego.

Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD

Fot.: Enrique Meseguer

WAŻNE DECYZJE

WAŻNE DECYZJE

Każda historia jest innaWAŻNE DECYZJEIle to razy w życiu stajemy przed trudnymi wyborami? Ważne decyzje, jakie należy podjąć mogą dotyczyć wielu poziomów naszego życia. Ja jako kobieta- matka samodzielnie wychowująca dwójkę synów i osoba od prawie już 22 lat...

czytaj dalej
LOSY ZIEMI

LOSY ZIEMI

Każda historia jest innaLOSY ZIEMIOd czego zależą losy Ziemi? Od zmiany klimatu? Od zanieczyszczeń? Od wycinki lasów? Pewnie tak. .Ale czy to wszystko jest istotne?Czy ważne jest nadmierne wydobywanie surowców naturalnych albo ponadprogramowa konsumpcja, która...

czytaj dalej
PRAWDZIWE ŻYCIE

PRAWDZIWE ŻYCIE

Każda historia jest innaPRAWDZIWE ŻYCIEW prawdziwym życiu trzeba płacić rachunki. Należy zatem mieć pracę. Najlepiej dobrze płatną, albo jak samodzielnie wychowujesz dzieci, to dwie, bo niestety z jednej raczej nie uda Ci się zapłacić tych rachunków, kupić jedzenia i...

czytaj dalej